piątek, 8 kwietnia 2016

Rozdział XXXVII



W niewoli nienawiści - Kylar



  Strażnik nie przestawał mnie bić i kopać. Do czasu, aż poczułem pęknięcie w klatce piersiowej. Ból był straszny.
- Oj! Chyba złamałem ci żebro! - zaśmiał się szyderczo.
Kopnął mnie jeszcze parę razy i przestał. Zacząłem pluć krwią. Miałem spore problemy z oddychaniem. Krztusiłem się czerwonym płynem w gardle. 
- Dobra! Wystarczy. Bierz go i idziemy - powiedział drugi wojownik.
W momencie, którym złapali mnie za ramiona zakręciło mi się w głowie. Pomimo bólu i mojej bezsilności nadal chciałem podnieść się i im się oprzeć. Niestety nie miałem siły nawet, żeby wstać. Walka nie wchodziła w grę. Nic teraz nie zrobię. 
Zaciągnęli mnie do końca korytarza, gdzie w górę prowadziły długie schody, którymi schodziłem kiedy tu trafiłem. Mężczyźni puścili mnie, a ja ostatkiem sił podparłem się rękoma, żeby uniknąć uderzenia głową w twardą podłogę. 
- Wstawaj! Nie będę cię ciągnąć po schodach! - krzyknął strażnik.
Wiedziałem, że opór w tym momencie nie ma sensu, jeśli chcę się stąd wydostać i uratować Av, muszę poczekać na lepszą okazję. A na takową aktualnie się nie zapowiadało. 
      Zdołałem wstać o własnych siłach, czując ogromne kłucie w klatce piersiowej. Złapanie równowagi zajęło mi chwilę, a strażnicy tego nie ułatwiali poganianiem mnie. Tym razem gdy doszliśmy na szczyt schodów, poszliśmy dalej wzdłuż korytarzem, prowadzący gdzieś indziej niż do sali tronowej. Mrok, który pokrywał wszystko w tym zamku, był oświetlany przez pochodnie żarzące się jasnozielonym ogniem. Znaleźliśmy się w pomieszczeniu gdzie praktycznie nic nie było. Znajdowała się tu tylko kamienna ławka pod ścianą a na przeciwko niej była zakratowana ściana jak w celi. Strażnik zamknął drzwi i kazał stanąć przy oknie. Niepewnie zacząłem stawiać kroki w kierunku krat. Stanąłem tuż przed i ujrzałem salę tronową. Widziałem stąd praktycznie każdy kąt sali. Tron błyszczał krwawymi i zielonymi klejnotami, który został nimi ozdobiony. Następnie spostrzegłem Av. I Wuyę. Stały naprzeciwko siebie. Nie, to wiedźma stała naprzeciwko wiszącej na metalowych sznurach dziewczyny. W dłoni kobiety zabłysło ostrze długiego noża, który przyłożyła do szyi Av. Następnie szybkim ruchem przejechała nim w dół. Moje serce zabiło z przerażenia, gdy usłyszałem krzyk. I śmiech. Śmiech tej popieprzonej kobiety.   
- Zostaw ją! - krzyknąłem łapiąc rękoma kraty okna.
- Nie słyszą cię - odezwał się jeden ze strażników. 
      Odwróciłem się i spojrzałem na nich ze złością. Teraz policzyłem wszystkich, którzy byli w pomieszczeniu. Było ich pięciu. Dałbym radę, gdyby nie te cholerne kajdany. Niech to szlag! Kolejny krzyk ponownie rozległ się po zamku. Ponownie skupiłem się na sytuacji w sali tronowej. Wuya schowała sztylet za pas swojej sukni, zmieniając narzędzie tortur na Ostrze Zawieruchy, podawane przez jednego z wielu przyglądających się mężczyzn. Nie minęło dużo czasu zanim ponownie wróciła do okaleczania Av. Patrząc czułem tylko narastający we mnie gniew. Nie mogłem patrzeć na to jak cierpi. To ja powinienem być na jej miejscu. Poczułem coś wilgotnego na mojej twarzy. Myślałem, że to łza, jednak spostrzegłem padające płatki śniegu. Wraz z zwiększającym się opadem śniegu, pojawił się wiatr.
- Powstrzymajcie go! - zaraz po rozkazie usłyszałem kroki, nadchodzące w moją stronę. 
Spojrzałem na kajdany, były już tylko pokruszonym lodem. Uderzyłem nimi o ziemię, a metal rozpadł się na drobne kawałeczki. Całe nadgarstki miałem czerwone, a w niektórych miejscach skóra była zdarta do krwi. Strażnicy osłupieli. Spojrzeli na mnie z przerażeniem. Podniosłem dłoń tworząc śnieżno-lodową masę. 
- Co powiecie na zamianę ról? - spytałem. 
Nie musieli wydawać następnego rozkazu. Cała piątka rzuciła się biegiem na mnie. Przeobraziłem masę w lodowy sopel i wystrzeliłem go w najbliższego przeciwnika. Pocisk przebił go, momentalnie go zabijając. Dwójka z nich była już za blisko i musiałem przejść do walki w zwarciu. Oddzieliłem jednego z nich lodową ścianą, gdy drugi zamachnął się na mnie ze swoim mieczem. Uchyliłem się przed cięciem, tworząc moje ostrze z lodu, żeby zablokować następny atak. Nasze bronie się skrzyżowały. Następni wrogowie szykowali się do ataku, nie miałem czasu na reakcję. Jeden z nich uderzył mnie w ramię, wytrącając mnie z równowagi. Mężczyzna z mieczem wykorzystał to i przewrócił mnie na ziemię. Śnieżyca, która cały czas powiększała się z każdą sekundą utrudniała wszystkim z nas widzenie. Przeturlałem się na bok i wbiłem ostrze mojemu wrogowi w kolano. Krzyknął z bólu i upadł. Wyprostowałem się ponownie. W tym momencie zakręciło mi się w głowie. Poczułem ból w klatce i chwilowo nie potrafiłem się otrząsnąć. Moje rany mnie wykończyły. Nie mam siły na dłuższą walkę. Muszę stąd uciec. Ale zanim zdążyłem ruszyć w stronę drzwi poczułem uderzenie w tył głowy i zemdlałem. 
Budząc się, poczułem dyskomfort, jakim było skrępowane ciało i ogromny ból głowy. Moje ramiona i nogi były przykute do ściany. Próbowałem sobie przypomnieć co się wydarzyło. Nie pamiętałem za wiele, prócz krzyku Av i bólu. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, bez wątpienia mogłem stwierdzić, że znajdowałem się w sali tortur. Stoły, klatki, łańcuchy, kolce, wszystko na to wskazywało. Nie wspominając o leżących tu i ówdzie kościach oraz plamach krwi. Temu wszystkiemu towarzyszył okropny smród. Zastanowiła mnie jedna rzecz, Wuya sieje chaos od jakiegoś tygodnia. Jak mogła zabić w tym miejscu już aż tyle osób? To było niemożliwe. Chyba, że przywróciła swój zamek sprzed iluś lat. 
      Po paru minutach długiego czekania drzwi wydały charakterystyczny dźwięk otwierania ich kluczem. W progu stanęła ona. Wuya. 
- Słyszałam jakie zamieszanie zrobiłeś. - uśmiechnęła się. - Tyle, żeby uratować jedną dziewczynę...
- Zapłacisz za wszystko co zrobiłaś… POŻAŁUJESZ TEGO! - krzyknąłem wystarczająco głośno, żeby cały zamek to usłyszał.
- Och, naprawdę tak uważasz? 
- Gdzie jest Av?!- zignorowałem jej pytanie. 
- W celi - odparła szybciej, niż się spodziewałem. - Siedzi sobie samotna... Oczywiście dam jej parę dni, aby się rany zagoiły. Potem powtórzę tę jak mocno fascynującą zabawę! - kobieta prawie podskoczyła z podekscytowania. 
- Jesteś chora. Jeśli tkniesz ją jeszcze raz...
- Przepraszam! To ty stoisz tu przykuty do ściany - przerwała mi. Miała niestety rację. W tej całej sytuacji byłem całkowicie bezsilny. Spuściłem głowę, unikając jej spojrzenia. - Cały czas się zastanawiam co z tobą zrobić. Zabić? Nie... Zbyt proste. Tortury? Też nie. Przygotowałam dla ciebie specjalną propozycję.
- Co jeśli ją odrzucę?!
- Av umrze, a ty będziesz patrzeć na jej powolną, bolesną śmierć. Potem znajdę Indiego, Aklorię, Tekina... Twoją matkę, mistrza Funga. Każdy z najważniejszych dla ciebie osób, zginie na twoich oczach. I to przez ciebie. Wtedy pozostaniesz tylko ty. Samotny jak palec. Codziennie będziesz patrzeć na śmierć swoich bliskich. Potem zabiję ciebie.
Poczułem jak tracę oddech, ona jest zdolna do tego wszystkiego. Nie miałem pojęcia co powinienem zrobić.
- Czego chcesz...
- To było prostsze niż myślałam. Będziesz moim prywatnym sługą. Wiem, będziesz się opierać, aż w końcu zostaniesz moją prawą ręką. Nie obchodzi mnie, ile to zajmie. Złamię cię, zniszczę. W taki sposób, żeby nie pojawiła się ani jedna chwila zawahania przy zleconym rozkazie.  
- Nie. Ja nie potrafię...
- A, a, a. Naprawdę chcesz... abym ich zabiła? - podeszła do mnie i spojrzała mi prosto w oczy. Musnęła dłonią po moim policzku. 
  Byłem bezsilny, musiałem się zgodzić. Wolałbym zginąć, niż zostać jej sługą. Ale w grę wchodziło życie mojej rodziny i przyjaciół. Przeszywała mnie swoim szyderczym wzrokiem.
- A więc, Kylarze Stern? Przyjmujesz swoje zadanie?
Pokiwałem tylko głową, nie potrafiłem wydusić z siebie ani słowa. Klasnęła w dłonie.
- Wiedziałam, że się zgodzisz. Zaczniesz od jutra, oprowadzę cię po zamku i będziesz wiedział gdzie mi robić herbatę lub kawę. - zachichotała. - Słyszałam, że umiesz dobrze gotować. To dobrze się składa bo brakuje mi kucharza. Zaczniesz od takich prostych obowiązków. Nie zyskasz mojego zaufania tak łatwo. Będziesz miał sporo testów. - teraz zaczęła się śmiać złowieszczo.
- Straże! Zabrać go z powrotem do celi. Nie zakładajcie mu już kajdan, chyba widzieliście, że dla niego to nie problem.

  Ujrzałem leżącą Av w małej kałuży krwi. Podbiegłem do niej i sprawdziłem czy oddycha. Jest tylko nieprzytomna. Co ta zdzira ci zrobiła? Wszędzie miała rany. Jedne z nich jeszcze obficie krwawiły. Jak ja ci mogę pomóc? Tworzyłem co jakiś czas w dłoni wodę i obmyłem Av z krwi i brudu. Przykucnąłem nad nią, myśląc co mógłbym zrobić, żeby szybciej zagoić rany. Intuicyjnie przymroziłem rany lodem. Będzie ją nadal boleć i szczypać, ale powinno złagodzić ból. W miejscach, gdzie jej skóra była rozstrzępiona teraz szparę trzymał lód. Zmyłem też z podłogi krew. Przez to wszystko ją zmoczyłem wodą, zdjąłem jej koszulkę, gdyż ze swetra prawie nic nie pozostało. Następnie założyłem jej moją koszulkę i tunikę. Od razu zrobiło mi się chłodniej, ale w tej chwili ważniejsze było zdrowie Av. Jeśli wda się jakieś zakażenie lub dopadnie ją gorączka, może być źle. Usiadłem po turecku pod ścianą a jej głowę położyłem na swojej nodze. Mam nadzieję, że jest jej wygodnie. Odetchnąłem z ulgą po tym dniu. Miałem teraz chwilę, żeby odpocząć. Byłem wykończony i obolały. Spojrzałem na Av. Wuya nam za to zapłaci. Jeszcze się przekona, że nas nie jest tak łatwo pokonać.


_________________________________

No i tym razem po krótszym okresie czasu wrzucamy rozdział. Naprawdę staramy się publikować je regularnie, ale nie jest niestety tak łatwo. Co do rozdziału, raczej wszystko powinno być jasne. Mam nadzieję, że mile się czytało :3 Chciałbym również ponownie zadedykować rozdział naszemu czytelnikowi Tomkowi, ze względu na jego dzisiejsze urodziny! :D Więc wszystkiego najlepszego raz jeszcze! 

poniedziałek, 28 marca 2016

Rozdział XXXVI

Krwawy sztorm - Av


“Raimundo mówił, że robiła straszne rzeczy, ale nigdy nie opowiadał nam o tym wszystkim. W oczach Claya i Omiego został brudnym zdrajcą, który przejmuje się własnymi interesami. Natomiast ja jestem świadoma, że w zamku przeżył okropne chwile jako jej pomocnik i nigdy nie wymaże brutalnych obrazów ze swojej pamięci.”

     Czas się dla mnie zatrzymał. Wszelkie rozterki i zmartwienia złączyły się w jedno. Instynkt przetrwania został obudzony ze snu już kilka lat temu, ale teraz uaktywnił się na dobre. Wizja rychłej śmierci wspierała wszystkie funkcje życiowe w ich pracy.
     Zanim zorientowałam się, że stoję wtulona w swojego przyjaciela z drużyny, minęło kilka długich minut. Nie chciałam się od niego odrywać. Bliskość zarówno Kylara jak i Indiego kojarzyła mi się z wytrwałością i siłą jaką niosły za sobą wyczerpujące treningi, ale i z bezpieczeństwem i beztroską, bo dawniej uparcie wierzyłam, że póki trwamy razem to nic nie ma prawa nam się przydarzyć. Teraz moje poglądy uległy niemałej zmianie, a pozytywne nastawienie nie pozostawiło po sobie żadnego śladu.
     Rzewnie płakałam, mocząc przy tym koszulę Kylara. Ten nie odtrącał mnie od siebie, a nawet próbował pocieszyć. Starał się pogłaskać mnie po włosach, lecz ruchy ograniczały mu ciężkie kajdany, które krępowały jego nadgarstki. Było mi strasznie głupio, że przy nim płaczę, ale nie mogłam powstrzymać napływających do oczu łez.
- Nie płacz, wszystko będzie dobrze - powiedział w moją stronę. Jego głos miał na celu dodanie mi otuchy, ale wyczuwalne w nim załamanie wojownika wody, wcale nie było pokrzepiające. Nie wiedziałam co Kylar tutaj przeżył, ale sam fakt, że próbował mnie pocieszyć, niesamowicie mi imponował. Kiedy chciałam się od niego oderwać, ten chwytając palcami mój sweter, jednym szybkim ruchem zatrzymał mnie przy sobie. Tak trwaliśmy następne minuty.
- Czy Indy też tutaj jest? - spytałam odsuwając się od Kylara. Wreszcie miałam okazję uważnie mu się przyjrzeć. Wyglądał na strasznie zmęczonego i osłabionego. W nikłym świetle pochodni, które biło z korytarza lochów dostrzegłam jak bardzo jest zmęczony tym wszystkim. Miał też opatrunek na oku, które zapewne zranił jeszcze zanim został złapany. Szczerze wątpiłam w sanitarne podejście Wuyi do poszkodowanych.
- Nie, z tego co mi jest wiadome, to nie - wydukał obserwując mnie z zainteresowaniem.
- Może go nie znajdą, - powiedziałam z nikłą nadzieją w głosie, ale później przypomniałam sobie w jakim miejscu się znajduję. - bo nie żyje.
- Daj spokój - westchnął i pokręcił głową, jakby chciał odgonić od siebie moje słowa. - Na pewno teraz obmyśla jakiś skomplikowany plan aby nas odbić, mówię ci. - Kiedy powiedział mi o swoich zapewnieniach, spróbował się zaśmiać, ale po krótkim czasie dotarło do niego, jak bardzo nędzna była ta podróbka szczęścia.
     Atmosfera gęstniała, a my baliśmy się odezwać. Kylar usiadł pod jedną z kamiennych ścian lochu, a ja zdecydowałam się wytrzepać siwy sweter z pyłu, który na nim osiadł podczas ucieczki. Kiedy tylko zdjęłam tę część garderoby, mój przyjaciel zauważył bandaż, jaki miałam na przedramieniu.
- Co ci się stało?! Wszystko w porządku? - spytał momentalnie zrywając się na nogi. To jak zareagował na widok mojego niewielkiego bandaża, podczas gdy sam miał opatrunek na oku, było rozczulające.
- Spokojnie, tylko się poparzyłam. Ty wyglądasz gorzej - odpowiedziałam uśmiechając się zadziornie, w typowy dla siebie sposób.
- Dzięki - powiedział ze śmiechem, a w jego oku pojawił się błysk, którego wcześniej szukałam. Dodało mi to pewnej odwagi i byłam gotowa zadać pytania, które cisnęły mi się na usta, odkąd tylko się tu znalazłam.
- Jak się tu dostałeś? Co z twoim strojem? Gdzie jest Akloria? - spytałam jednym tchem i spojrzałam na przyjaciela. Delikatnie uniósł kącik ust i spokojnie zaczął odpowiadać.
- Zranione oko to wypadek, ale powiedziano mi, że się zagoi. Ubranie dostałem od mojej siostry, ale teraz nie mam pojęcia gdzie ona się znajduje… - powiedział spuszczając wzrok; wyraźnie posmutniał.
Pogłaskałam jego ramię, a ten spojrzał na mnie z wdzięcznością.
- Nie martw się, na pewno sobie poradzi. Jest silną wojowniczką, o czym zdołaliśmy się przekonać i z pewnością byle heylińska wiedźma nie da rady jej zniszczyć.
- Obawiam się, że przez to, że mnie odmroziła, nie ma tyle mocy co wcześniej. Do tego wszystkiego teraz jest sama z Tekinem, bo okazało się, że wszyscy jej wojownicy pracują dla Wuyi.
- Wiem o tym, bo to przez nich się tu znalazłam.
- Nie walczyłaś z nimi? - Zdziwił się.
- Kiedy spostrzegłam z kim mam do czynienia, było już za późno. Na początku zdobyli moje zaufanie, bo pokazali mi twoją szarfę - powiedziałam, po czym dodałam uprzedzając pytanie. - Poznałam po zapachu. - Kylar kiwnął głową, aby oznajmić mi, że rozumie co mówię. - Udałoby mi się uciec, bo miałam Ostrze Zawieruchy, ale dorwała mnie banda skalnych potworów.
- Skąd miałaś Wu? - przerwał.
- Od Raimnunda - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Jakiego Raimunda? Co ty do mnie mówisz? - patrzał na mnie zdziwiony i miał do tego pełne prawo, bo na pierwszy rzut oka cała ta historia nie trzymała się kupy.
- Raimundo Pedrosa, kojarzysz typa? Smok Wiatru, wojownik Xiaolin i tak dalej.
- Pewnie, że kojarzę, ale skąd on się tam wziął?
- Jakbyś dał mi dokończyć to już byś wiedział - powiedziałam, a on gestem ręki pokazał abym kontynuowała. Wyglądało to dość komicznie uwzględniając to, że miał kajdany. - Kiedy uciekłam ze świątyni dorwał mnie Spicer, który zaatakował mnie używając Ostrza. Zaczął się do mnie dobierać…
- Co zrobił?! - przerwał.
- Nie każ mi tego powtarzać - powiedziałam biorąc głęboki oddech. Od razu przypomniał mi się zapach tanich perfum. - Gdyby nie Rai, który wtedy zabrał mu miecz i skopał tyłek, nie wiem co by się stało. Zabrał mnie do siebie, pomógł i dał ubranie. Wtedy pojawili się wojownicy Aklorii, a raczej za nich się podający słudzy Wuyi.
- Ale nic oprócz tego oparzenia ci się nie stało? - spytał zupełnie ignorując fakt, że spotkałam jednego z wielkiej czwórki.
- Kiedy Spicer zrzucił mnie z drzewa, chyba skręciłam kostkę, ale to nie jest ważne - odpowiedziałam ponownie zażenowana jego troską. Odzwyczaiłam się od tego, że ktoś się o mnie martwi. - A czy tutaj działo się coś ciekawego?
- Oprócz strażników, którzy okazali się być strasznymi idiotami i próbowali mnie podtapiać - mówiąc to podniósł kącik ust, a jego wyraz twarzy stał się iście szatański - to nic się nie działo.
- A Wuya? - spytałam drżącym głosem. Przypomniał mi się jej wzrok, głos, zapach i prezencja. Wszystko w niej napawało mnie niewyobrażalnym strachem. Kylar zauważył, że coś było nie tak.
- Widziałem ją tylko dwa razy. Pierwszy, na samym początku, kiedy zmusiła mnie do oddania pokłonu, a za drugim razem poderżnęła gardło jednemu ze strażników. - Spojrzałam głęboko w jego czekoladowe oczy i powiedziałam:
- Groziła mi, a ja nie wiem czego mogę się spodziewać - poczułam łzy pod powiekami. - Najgorsze jest to, że może mi zrobić dosłownie wszystko, a ja nawet nie będę miała jak się skutecznie obronić. - Towarzysz spojrzał na mnie pytająco. - Jesteśmy pod ziemią.
Wyczuł załamanie w moim głosie, a ja przestałam udawać, że wszystko jest w porządku. Ukryłam głowę w rękach i położyłam głowę na ramieniu wojownika wody. Ten szepnął mi do ucha:
- Pamiętaj kim jesteś, dobrze? - Spojrzałam na niego załzawionymi oczyma. - Nic ci nie zrobi. Ona chce cię złamać. - Położył się na plecach, a ja się w niego wtuliłam.
     Gdyby nie zimno, zapach krwi i śmierci, oraz brak świeżego powietrza, mogłabym wmówić sobie, że znajduję się w świątyni, a Wuya była jedynie złym snem. Kiedy udało mi się otworzyć oczy zauważyłam Kylara stojącego przy kratach. Uważnie coś obserwował. Podniosłam się do pozycji półsiedzącej i zauważyłam jak dwójka rosłych mężczyzn podchodzi do wejścia celi.
- Idziesz z nami - powiedział jeden ze strażników wskazując na mnie grubym palcem.
- Nie, nie idzie - powiedział Kylar stając w wejściu do otwartej przez mężczyznę celi.
Wojownicy nie wyglądali na gotowych do jakiejkolwiek negocjacji. Ich śmiech wypełnił cały loch kiedy już wtargnęli do naszego więzienia. Jeden z mężczyzn się do mnie zbliżył, ale Kylar dał mu w twarz swoimi kajdanami. Towarzysz uderzonego strażnika przewrócił wojownika wody i popchnął mnie w kierunku wyjścia. Ten, który dostał kajdanami, właśnie pochylał się nad Kylarem i bił go drewnianym kijem. Nie zastanawiając się wiele, zawróciłam i kopnęłam napastnika w plecy. Dostałam za to siarczystego policzka od jego kompana i zanim ostatni raz zdążyłam spojrzeć na przyjaciela, zostałam wyprowadzona z celi.

***

     Bezbronna wojowniczka wiatru stała przed heylińską wiedźmą, która promieniowała mocą w całej okazałości. Począwszy od nienaturalnie długich nóg, wąskiej talii i smukłych ramion, a kończąc na haftach rękawów czarnej sukni i końcówkach wściekłe czerwonych, długich włosów. Jej oczy błyszczały niebezpieczną zielenią, o zupełnie innym odcieniu niż tęczówki młodej Włoszki. Av nie miała dokąd uciec, bo wielu strażników, których nawet nie miała okazji policzyć, stało pod ścianami przestronnej sali tronowej. Najwięcej ich stało przy wejściu i przy tronie wiedźmy, który znajdował się na sporym podwyższeniu. Powoli podniosła się z tronu i wolnym krokiem zaczęła schodzić w kierunku swojej ofiary. Wuya doskonale zdawała sobie sprawę o strachu i bezsilności młodej adeptki Xiaolin, więc zwołała większość swojej straży na widowisko, jakie postanowiła urządzić. Całość miała na celu jeszcze większe zgnębienie psychiczne.
- Chcę tylko z tobą porozmawiać. Nic ci się nie stanie jeżeli będziesz grzeczna - powiedziała kobieta chichocząc.
     W Av tkwiły resztki ducha walki, który został w nią wszczepiony przez lata treningów i walki. Doskonale znała cele i idee życia wojownika, więc była gotowa na godne spotkanie ze śmiercią. Wiedziała, że jeżeli to mają być jej ostatnie chwile na ziemi, nie może poddać się bez walki. Honor był jedną z najważniejszych wartości xiaolińskiego wojownika, przekazywaną już od tysiąca pięćset lat istnienia świątyni.
     Wuya wolnym krokiem zbliżyła się do Av, a ta poczuła dreszcz na całym swoim ciele.
- Gdzie jest Indy? - spytała sycząc dziewczynie w twarz.
- Nie wiem - odpowiedziała zgodnie z prawdą. Nawet gdyby wiedziała gdzie jest jej władający ogniem przyjaciel, w życiu nie ujawniłaby tej informacji, a Wuya tylko na to liczyła. W ramach kary za niewłaściwą odpowiedź, władczyni heylińskiego imperium uderzyła Av w twarz. Ta nawet się nie odsunęła, tylko dalej uparcie i sztywno patrzyła przed siebie, bojąc się spojrzeć na swojego oprawcę. Kobieta stanęła nad nastolatką, która sięgała jej do ramienia. Av, która normalnie była uważana za dość wysoką dziewczynę, w tym momencie została stłamszona przesz dwumetrową czarownicę, nawet w aspekcie tak błahym jak wzrost.
- Co łączy Kylara i Aklorię? - zadała kolejne pytanie, chociaż doskonale wszystko wiedziała. Chciała sprawdzić jaką odpowiedzą tym razem uraczy ją jej ulubienica z klasztoru.
- Jesteś aż tak starej daty, że nie nadążasz z nowinkami?
Cięta odpowiedź wcale nie poprawiła pozycji Av w oczach Wuyi, a tylko podsyciła wewnętrzny ogień jej zemsty.
- Odpowiesz mi? - syknęła.
- Nie.
Wuya wymierzyła cios w skręconą kostkę Av, a ta zaskomlawszy z bólu, uklękła. Mimo męki, przełknęła gorzkie łzy i chociaż nie mogła wstać, nadal trzymała głowę wysoko.
- Ostatnie pytanie - powiedziała zniecierpliwiona wiedźma. - Gdzie jest krypta, w której trzymacie Złote Pazury Tygrysa?
- Co? Jakie Pazury?
Wuya się roześmiała, a Av szukała w odmętach swojej pamięci informacji o tym Shen Gong Wu. Była pewna, że czytała o nim w jednym ze zwojów, a nawet w pamiętniku Kimiko, ale nie przypominała sobie aby była tam wzmianka o jakieś specjalnej krypcie.
- Cóż miałam nadzieję, że się dogadamy… - skłamała i zachichotała, po czym zwróciła się do straży:
- Wiecie co macie robić.
     Dwóch wojowników podniosło bezbronną i przestraszoną siedemnastolatkę za ręce i podwiesiło ją na sznurze, który był spuszczony z sufitu. Jej nadgarstki zostały ciasno oplecione metalową liną, wżynającą się aż do krwi. Łzy ciekły jej z cierpienia jakie niosły za sobą działania strażników. Dziewczyna była świadoma, że to dopiero początek wszystkiego, a jej najczarniejsze sny się spełniają. Teraz jej głowa znajdowała się na tej samej wysokości co Wuya. Niekorzystnie dla Av, panie mogły sobie swobodnie spojrzeć w oczy. Wojowniczka czuła na podwieszonych nadgarstkach spływającą krew, która moczyła rękawy jej swetra. Krew spływająca z rąk, łzy spływające z oczu. Machała nogami w powietrzu, naiwnie szukając oparcia, na co Wuya ponownie wybuchła szyderczym śmiechem.
- Niby blisko, a tak daleko…
- Pieprz się.
- O proszę, dziewczynka zaczyna pokazywać pazurki! Więc może masz mi coś do powiedzenia, hm? - spytała łapiąc ją za podbródek.
Wszystko albo nic - pomyślała Av przypominając sobie wszystkie wpajane jej zasady i wartości.
- Jeżeli taka szmata jak ty myśli, że uda się jej coś ode mnie wyciągnąć to jest w błędzie! - krzyknęła na tyle głośno, na ile pozwalała jej siła. Chciała aby słyszeć ją było aż w lochach, aby dać uwięzionym nadzieję na obalenie budującego się imperium. Nawet w chwili cierpienia głos miała tak silny, jak ona sama starała się być. Ta postawa, jak i to, że Av spojrzała wiedźmie w oczy z odwagą, nie spodobały się kobiecie. Chwile później strażnik mocno trzymał warkocz wojowniczki tak aby patrzała w sufit i wyprężyła szyję. W tym momencie dziewczyna powoli zaczęła żałować wszystkich wypowiedzianych słów. Czuła jak dokoła niej buchają zielone płomienie, ale nie była pewna czy nie są wytworem jej wyobraźni.
- Ojej, duszno ci? - spytała z udawaną troską. - Jak ryba bez wody… Jak smok wiatru bez powietrza!
Jej potworny śmiech dudnił jej w uszach. Gdyby nie okropny ból, Av stawiałaby, że po prostu ma realistyczny koszmar. Bardzo chciałaby by tak było.
- Chcesz mi coś jeszcze powiedzieć? - zapytała, a przed oczami Av błysnęło coś srebrnego. Wuyi odpowiedziała cisza i cichy chichot strażników. - Czas minął.
Metal małego, bardzo ostrego noża z łatwością zatopił się w ciele młodej wojowniczki. Delikatne i wolne cięcia prostopadle do obojczyka wywołały u Av niemy krzyk bólu w następstwie z potokiem łez, które spływały jej po policzkach. Krew płynąca z następnych wykonanych nacięć, odznaczała się szkarłatem na białej bluzce, którą dziewczyna otrzymała w prezencie od Raimunda. Strażnik dalej ciągnął ją za włosy, a Wuya nie zaprzestała zadawania ciętych ran. Nie było słychać żadnych dźwięków, oprócz płytkiego oddechu i łkania Av oraz chichotu wojowników.
- Ach, czego ja używam! - powiedziała gwałtownie odrywając nóż od bladej skóry i wyrzuciła go za siebie. Nóż zostawił na kamiennej podłodze czerwoną plamę, która bardzo szybko zaschła. - Najmocniej przepraszam Cię za tę zniewagę! Podajcie mi ostrze!
Strażnik puścił włosy wojowniczki i poszedł po stosowne w mniemaniu Wuyi narzędzie. Av tylko na chwilę spojrzała w dół, ale kiedy w oczy rzucił się jej przebijający w bieli karmazyn postanowiła, że nie chce tego widzieć. I tak dokładnie czuła każde nacięcie, jakie wykonała Wuya. Kilka na szyi, na ramionach, na brzuchu, na rękach…
     Strażnik wrócił, a wojowniczka wiatru wiedziała, że to nie koniec. Mężczyzna trzymał w rękach duży tasak, który był tak naostrzony, że lśnił w świetle pochodni powieszonych przy ścianach. Wuya tylko się zaśmiała.
- Głuptasie, nie chodziło mi o to ostrze. Przynieś mi Ostrze Zawieruchy!
Strażnik posłusznie się ukłonił i zniknął w gąszczu zamkowych korytarzy, a właścicielka wspomnianego Shen Gong Wu zaczęła łkać jeszcze głośniej.
- Może twój kolega z celi byłby bardziej rozmowny, co ty? - spytała wiedźma stając przed płaczącą ofiarą. Av nie kazała Wuyi długo czekać na swoją reakcję.
- NIE! - wrzasnęła.
- A myślisz, że John, Lily, Lucy, Rose - powoli wymieniła imiona rodziców i przyjaciółek Av - Kylar, Indy, Fung i Dojo mieliby coś ciekawego do powiedzenia? - spytała łapiąc Av za policzek. W tym momencie do sali wtargnął strażnik i podał swojej pani Ostrze Zawieruchy. Ta odprawiła go skinieniem ręki.
- Proszę cię, przestań - błagała przez łzy uczennica Mistrza Funga.
- Znam położenie wszystkich osób, na których ci zależy! Panuję nad światem! - wykrzyczała Wuya z radością czerpaną ze źródeł cierpienia jednego z wojowników Xiaolin.
Av była na siebie zła, bo błagała o litość, a wiedziała, że wojownicy nigdy o nią nie błagają. To straszny ból, zmieszany z cierpieniem psychicznym wywołał takie skutki. Wuya była niewzruszona jękami swojej ofiary, które były muzyką dla jej uszu. Cieszyła się z każdego wziętego z trudem oddechu, cieszyła się z każdego jęku cierpienia. Krwią wroga świętowała swoje zwycięstwo, a wiedziała, że to tylko początek cudownej wieczności jej panowania.
- Twoje piekło dopiero się rozpoczyna, kochanie - powiedziała przykładając na chwilę zimny metal Ostrza Zawieruchy do policzka Av. Moment później, Wuya już była za jej plecami i jednym płynnym ruchem przecięła sweter, bluzkę i skórę. Tym razem ciszę przedarł głośny krzyk panny Aello.
     Każde cięcie czuła bardzo dokładnie, a te zadane Ostrzem Zawieruchy bolały dwa razy bardziej. Jej plecy były pokryte krwawą pajęczyną. Całe jej ciało było okryte szramami i krwawymi śladami, a z jej ubrania wiele nie pozostało. Rany psychicznie były równie głębokie jak te zadawane mieczem. Av czuła się przegrana. Wiedziała, że straciła honor, godność i życie wojownika. Nie miała pewności czy jej bliscy są bezpieczni. Dotarła do niej wszechmoc i potęga Wuyi. Chciała umrzeć, pragnęła aby wiedźma ostatni raz wykonała nacięcie na szyi. Głęboko, aby przerwać tętnicę. Wiedziała, że to kara za wszystkie przejawy braku szacunku, za wszystkie słowa. Wiedziała, że służy jako pokazanie swojego zwycięstwa innym. Wuya wygrała i Av była tego świadoma.
     Szatański śmiech i buchający ogień złączyły się w jedność. Do zajętej cięciem Wuyi podszedł strażnik i cicho jej coś przekazał. Ta się uśmiechnęła i zwróciła się do swojej ofiary:
- Na dzisiaj to koniec, mam inne sprawy do załatwienia. Ale mam nadzieję, że jutro też mnie odwiedzisz! Co ty na to?
Av milczała, bardzo chciało się jej pić. Nie wiedziała co miałaby jej odpowiedzieć, zresztą i tak nie miała na to siły. Wszystko to było bezsensowne. Ona wygrała.
     Posłuszne sługi zaciągnęły półnagą, zakrwawioną, zgnębioną i pozbawioną godności, upadłą wojowniczkę klasztoru Xiaolin do celi. Była na tyle świadoma, że zauważyła, że cela jest pusta.
- Kylar? - cicho wydusiła do pustej przestrzeni, ale odpowiedziała jej tylko głucha cisza.
Nikogo oprócz mnie tu nie ma.

______
Przepraszam, przepraszam, po stokroć przepraszam! Nie będę się tłumaczyć, ale naprawdę przepraszam i mam nadzieję, że więcej nie będzie rozdziału aż tak późno. ;-; Naoczni świadkowie mogą potwierdzić, że byłam wszystkim zawalona, ale mimo wszystko mam nadzieję, że warto było czekać. c: Mamy nadzieję, że Kylar sprawił, że was Dyngus był mocno mokry. >:D Oczywiście, spóźnione życzenia Świąteczne od całej ekipy! <3
A co do Av... Dobrze Ci tak suko. Inaczej tego skomentować nie potrafię. XD Rozdział dedykowany wspomnianej Lucy i Tomkowi. c:

środa, 24 lutego 2016

Rozdział XXXV

Zaszczyt - Indy

     Mimo, że byliśmy pośrodku katastrofy związanej z końcem świata, zacząłem dostrzegać pozytywne treści w tych wszystkich wydarzeniach. Gdyby nie to, że Wuya zachciała zaatakować miejsce gdzie się uczyliśmy, nigdy nie spotkałbym jego. Mojego wzoru do naśladowania, mojego idola. Tyle słyszałem o poprzedniej czwórce i miałem nadzieję kiedyś ją spotkać. Nie sądziłem, że ten potężny i sławny wojownik jest tak blisko mnie.
- Ty jesteś mnichem Omim? - zapytałem głosem wręcz przepełnionym ciekawością. Wewnętrznie odczuwałem ogromną ekscytacje, ale lata treningów sprawiły, że nie miałem problemów z ukryciem wszystkich wewnętrznych odczuć.
- Masz rację, to ja - uśmiechnął się drapiąc po swojej łysej głowie. - Ale kim jesteś ty i co robisz w moim domu?
- Tak jak ty kiedyś, szkolę się na Smoka, ale musiałem szybko opuścić świątynię. Kilka godzin temu zostaliśmy zaatakowani przez Wuyę i jej kamienne stwory. Nie miałem innego wyjścia - tłumaczyłem się ze stoickim spokojem.
- Wuya znowu się pojawiła? To niemożliwe! Przecież ją pokonaliśmy! - Widać było, że Omi się zaniepokoił. Zignorował też fakt, że jestem przypadkowym obcym, który trafił do miejsca, w którym mieszkał Smok Wody. Usiadł obok mnie na kanapie i patrząc w przestrzeń, poprosił:
- Opowiedz mi, co się teraz dzieje w świątyni.
- No to wypadałoby zacząć od początku. Pozwól, że Ci się przedstawię. - Zacząłem dość teatralnie. - Nazywam się Indy Shen i wielkim dla mnie zaszczytem jest, że mogłem cię poznać - powiedziałem, a ten uśmiechnął się do mnie i skinieniem dłoni przekazał abym kontynuował. - Pochodzę z pewnej chińskiej wioski, która przed laty została spalona przez naszego władcę. Wszyscy ludzie, którzy mnie otaczali zginęli, a ja musiałem uciekać by się ocalić. Na szczęście udało mi się przeżyć, co widać, - nie mogłem się powstrzymać i zachichotałem - ale przez długi czas wędrowałem i nie mogłem znaleźć dla siebie miejsca. Wreszcie dotarłem do świątyni gdzie rozpoczęłem szkolenie. Zostałem przyjęty na ucznia i razem z Kylarem i Av założyliśmy drużynę. - Omi uważnie słuchał każdego wypowiedzianegi przeze mnie słowa. Starałem się dostrzec czy go nie zanudzam, ale nie dostrzegłem żadnych wskazujących na to objawów. - Idąc w ślady poprzedniej, wielkiej czwórki, uczymy się panować nad siłami żywiołów. Av jest jedyną dziewczyną i uczy się posługiwać wiatrem, natomiast Kylar uczy się panowania nad wodą, tak jak ty. Mnie przypadła władza nad ogniem. Ciekawą sprawą jest fakt, że w naszej grupie nie mamy czwartego wojownika, który władałby ziemią. Mistrz Fung nie chce nam powiedzieć, dlaczego nie ma z nami czwartego wojownika.
- A co z przeciwnikami? Z kim mieliście do czynienia?
- Najpierw poznaliśmy Jacka Spicera, którego na pewno pamiętasz i z nim toczymy ciągłe spory o Shen Gong Wu. Poznaliśmy też czarownicę Wuyę, która niedawno znów odzyskała ciało i zaczęła snuć kolejne plany na podbój świata.
- Gdzie są teraz twoi przyjaciele?
- Av i Kylar zostali aby walczyć, a ja uciekłem i bardzo tego żałuję. Może nie mieliśmy idealnych relacji, ale w końcu są moimi jedynymi przyjaciółmi. A teraz Bóg jeden wie co się z nimi dzieje - wszystko powiedziałem jednym tchem, bez żadnych emocj w głosie. Jestem pewien, że moje słowa brzmiały bardzo sztucznie. - Po kilku godzinach ucieczki znalazłem twoją chatkę i wszedłem do niej, bo musiałem odpocząć. Wybacz, że wtargnąłem na twoją prywatność, ale myślałem że dom jest opuszczony. - Tymi słowami skończyłem swoją opowieść.
-Nie ma sprawy, cieszę się, że mogłem ci pomóc, Indy - powiedział Omi bez żadnego zbędnego komentarza dotyczącego mojej historii.
     Chwilę siedzieliśmy w milczeniu, każdy pogrążony w swoich myślach. Po kilku minutach mój ciekawy wszystkiego towarzysz przerwał ciszę.
- Wspominałeś coś o Mistrzu Fungu... Szkoli was?
- Dokładnie tak. Ma już swoje lata, ale w całej świątyni nie ma osoby mądrzejszej od niego.
- Jeżeli to on się wami zajmuje to z pewnością staniecie tak potężni jak ja! To znaczy my! - powiedział i nerwowo zaczął rozglądać się po pokoju. - A co z Dojo? - zmienił temat.
- Dojo… On trzyma się całkiem dobrze, jak na smoka - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- Opowiedz mi może trochę o swoich przyjaciołach, o tej dziewczynie najpierw - zagaił. Nie byłem przyzwyczajony do długich rozmów z kimkolwiek, ale widziałem jak Omi z przyjemnością chłonie każde wypowiedziane przeze mnie słowo. Domyśliłem się, że doskwierał mu brak towarzystwa.
- Av… - zamyśliłem się przez chwilę. - Nie dość, że jest opryskliwa i  ma cięty język, to nieźle potrafi przywalić kiedy się ją zdenerwuje. Umie walczyć, trzeba przyznać, chociaż ma problemy ze swoim żywiołem. W wolnym czasie lubię ją denerwować - powiedziałem i zachichotałem przypominając sobie naszą ostatnią kłótnię.
- A Kylar? Jak walczy? - spytał mój niski przyjaciel. Z pewnością go to interesowało, bo Kylar miał taki sam żywioł co on.
-Wszyscy jesteśmy na tym samym poziomie, ale on jest po przejściach. Ostatnio zachowuje się dość dziwnie, ale widać, że nieźle idzie mu panowanie nad wodą. A tak to zawsze wszystkim chce pomóc i widać, że przykłada się do szukania Shen Gong Wu. Tak ogólnie to dobry z niego kumpel - podsumowałem, a Omi się do mnie uśmiechnął. Domyśliłem się, że chciałby podtrzymać rozmowę, ale brakowało mu pytań, dlatego licząc, że Smok Wody mnie zrozumie, zacząłem kolejny temat.
- Mam jeszcze jedną dziwną sprawę, pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że bardzo dziwną. Jest związana z niejakim Billem...
- Delboa?! Billem Delboa? - przerwał mi z przerażeniem w oczach. - Gdy uciekłem od wszystkich poznałem właśnie jego - powiedział podniesionym głosem.
- Nie sądziłem, że możesz mieć z nim coś wspólnego. Porozmawiajmy o nim, może będziesz w stanie mi pomóc - z nadzieją spojrzałem w jego małe oczy, a ten z grobową miną kiwnął głową.
     Wtajemniczenie Omiego we wszystkie sprawy związane z tym szatańskim trójkątem zajęło trochę czasu. Wszystko było dość skomplikowane, ale wydawało się, że Omi jest takim samym intelektualistą co ja i wszystko z łatwością zrozumiał.
- No to mamy poważny problem przyjacielu…  - Omi opuszkiem kciuka pogłaskał swoją brodę. - Tylko jak go teraz rozwiązać?
- Może byśmy wrócili do świątyni i spróbowali poszukać jakichś śladów? - zapytałem.
- Nie mamy szans we dwoje - słusznie stwierdził. - Masa przebrzydłych golemów i wojowników tej wiedźmy. Co z Mistrzem Fungiem? Mógłby nam pomóc?
- Nie mam pojęcia gdzie się udał, ale Wuya z pewnością wysłała za nim list gończy.
- Ciężka sprawa… Najpierw coś zjedzmy i zastanówmy się co robić -  zaproponował Chińczyk.
- Naturalnie - odparłem z uśmiechem. Mój żołądek już dawno zdążył zapomnieć o zjedzonej rybie.
     Bardzo miło nam się rozmawiało. Omi nie zadawał żadnych zbędnych pytań na temat Billa i nie doszukiwał się niczego, co chciałbym ukryć. Odkryłem, że jesteśmy tacy sami i oznajmiłem mu to przy śniadaniu. Śmialiśmy się z tego pijąc bawarkę. Po posiłku zaczęliśmy rozmawiać o naszych zdolnościach. Mimo tego, że nasze żywioły były przeciwstawne, dostałem kilka cennych rad dotyczących walki.
     Jedną z form wspólnego spędzania czasu było przygotowywanie się do nieuniknionej walki poprzez medytację. Kiedy raz siedzieliśmy tak do późnego wieczora, z transu wyprowadził nas grzmot, który uderzył niedaleko domku Omiego. Szybko udaliśmy się przed dom. Widok otoczenia w zielonej poświacie sprawił, że od razu wiedzieliśmy co należy zrobić.
- No to co przyjacielu, ruszamy w drogę - powiedział Omi.
- Tak jest, ruszamy - odpowiedziałem.
     Ruszyliśmy prosto w ogromną, zieloną burzę.

______
Indy spotkał bratnią duszę i razem idą siać zamęt w zamęcie końca świata...:)



piątek, 19 lutego 2016

Rozdział XXXIV


Posępny wiatr na strunach burzy w sercu gra... - Av Obudziły mnie promienie padające na moją twarz; z trudem otworzyłam oczy. Z miłą chęcią pospałabym jeszcze trochę, ale wiedziałam, że i tak nie uda mi się ponownie zasnąć. Podniosłam się do pozycji siedzącej i przejechałam wzrokiem po pokoju. W kącie stał mały stolik ze zwiędniętymi już kwiatami, a na przeciwko był mały telewizorek, zza którego wystawała błękitna rękojeść jakiegoś miecza. Drewniane ściany były pokryte beżową farbą, co sprawiało wrażenie, że dom był solidny. Leżałam na starej, ale czystej kanapie, okryta dość grubym kocem. W powietrzu unosił się świeży i przyjemny dla nosa zapach. Próbowałam przypomnieć sobie wydarzenia z wczorajszego dnia. Wraz z bólem głowy docierały do mnie wszystkie wspomnienia. Kylar, Indy, zburzona świątynia, Wuya, potwory, Spicer z mieczem i... Raimundo. - Już nie śpisz? - spytał mężczyzna wchodząc do pokoju z kubkiem zielonej herbaty. Podał mi napój, przysunął krzesło i usiadł na przeciwko mnie. - Dziękuję za pomoc i przepraszam za kłopot. Zaraz mnie tu nie będzie - wyrecytowałam jednocześnie się odkrywając. Poparzone przedramię zostało podrażnione przez potarcie materiału. - Chyba oszalałaś. Czuję się w obowiązku ci pomóc. - To pozbądź się tego uczucia. Dam sobie radę. - Mhm... - Skrzyżował ręce. - przepraszam, że przeszkodziłem ci w pokonaniu Jacka Spicera. Spuściłam wzrok gapiąc się w dywan. - Dobra, już dobra. Na razie cię stąd nie wypuszczę, musisz wydobrzeć - powiedział. - Właściwie to dlaczego chcesz mi pomagać? - Bo to przeze mnie Wuya odzyskała ciało po raz pierwszy i już raz ją pokonałem. - Tak naprawdę to ten koniec świata jest z mojej winy. To ja zabrałam Kylara do Aklorii... i wtedy Spicer dorwał lustro. - Kogo do kogo? Naszą rozmowę przerwał jakiś brzydki zapach pochodzący z sąsiedniego pomieszczenia. - Czy coś się przypala? - Cholera, mleko! Szybko wstał i udał się pędem do kuchni. Podniosłam się i wyjrzałam zza futryny. Rai szybko wstawił garnek do zlewu i otworzył okno, aby dym szybciej opuścił pomieszczenie. - Dlaczego go nie wywiejesz? - spytałam siadając do stolika. Ten wziął oddech i bez żadnego wysiłku, jednym ruchem palca wypędził dym z domu. - Czasem zapominam o przeszłości - odpowiedział bez żadnych uczuć w głosie. Po chwili zwrócił się do mnie. - Weź prysznic, przyda ci się. - Jego usta ułożyły się w dość wredny uśmiech. - Na pralce leżą czyste ubrania dla ciebie, a ja w tym czasie przygotuję coś innego na śniadanie. Wiedziałam, że nie ma sensu się z nim kłócić, bo był tak samo uparty jak ja. Weszłam do pomieszczenia wskazanego przez mężczyznę i spojrzałam w lustro. Brudna i zakrwawiona twarz, posklejane włosy, podkrążone oczy. Wyglądałam jak swój cień, ale przynajmniej byłam bezpieczna. Z kieszeni wystawał mi notes Kimiko. Mimowolnie chwyciłam go w dłonie i zaczęłam kartkować. Nie przeczytałam z niego dużo. Japonka bardzo lubiła rozpisywać się na wszystkie tematy. Przydałyby mi się jakieś informacje o Wuyi. Nie ma tu żadnej opcji ,,wyszukaj’’ Zainteresowały mnie słowa zapisane na marginesie. Obok nich był dość niedbale namalowany zawijas. ,,A ten znak mieli wszystkie jej sługi. Ciekawe czy Rai ma coś podobnego na karku’’ To, że mężczyzna robiący w tym momencie śniadanie, zdradził kilka razy, wiedziałam od Mistrza Funga, ale o tym znaku nie słyszałam. Zdecydowałam, że jeżeli nie zapomnę, spytam się o niego, bo każda informacja była na wagę złota. Wzięłam szybki prysznic, który był chwilowym wybawieniem od bólu. Umyłam posklejane włosy i ubrałam się w ubrania przygotowane przez Raimunda. Biała koszula i czarne spodnie sprawiały, że wyglądałam schludnie i elegancko. Do tego wszystkiego otuliłam się grubym, szarym swetrem. Dostałam nawet buty, które były dość masywne. Na pralce znalazłam jeszcze szeroki biały pas z czymś w rodzaju kabury na miecz. Szybko wsunęłam go w szlufki i wyszłam z łazienki. Zaczęłam się zastanawiać skąd Rai ma wszystkie te rzeczy, przecież wydaje się, że mieszka tu sam. Zdecydowałam jednak, że nie będę pytać. Jedliśmy kanapki z dżemem i piliśmy gorzką kawę. Czułam się dużo lepiej po tym prysznicu. - Opowiesz mi jak to się wszystko zdarzyło? - spytał Smok Wiatru biorąc łyk kawy. Odłożyłam bułkę na talerz. - Od czego mam zacząć? - No, najlepiej to od początku. - To dość długa i zawiła historia. - Postaram się zrozumieć - uśmiechnął się. - Ja, Kylar i Indy rozpoczęliśmy szkolenie na smoków ognia, wiatru i wody. - A gdzie jest ziemia? - przerwał zdziwiony. - Nie mam pojęcia, naprawdę. - Wzruszyłam ramionami. - Mistrz Fung nie chce nam powiedzieć. - Mistrz Fung was szkoli?! A mówił, że przez naszą drużynę nie weźmie już żadnych młodych uczniów pod opiekę… - Oj, nie przejmuj się. - Machnęłam ręką. - Teraz też tak mówi - zaśmiałam się. - Jeszcze jedno pytanie a potem już kontynuuj. Władasz ogniem jak Kimiko? - Nie. Mój jest wiatr. Nad ogniem panuje Indy, a Kylar ma wodę. - O proszę, koleżanka po fachu. - Na to wygląda - uśmiechnęłam się do niego. - No ale dalej, w wielkim skrócie. Myśleliśmy, że Akloria jest naszym wrogiem. Ta nauczyła Kylara panować nad lodem i ten omal nie zamarzł na śmierć. Wzięłam go do niej i tam się ,,trochę'' - ruchem palców pokazałam cudzysłów - posprzeczałyśmy. Wtedy Akloria w nerwach przyznała się, że Kylar jest jej bratem no i on zamienił się w bryłę lodu. Wtedy przyleciał Spicer na tych swoich śmigłach i zażądał wszystkich Wu jego siostry. Nie miała wyboru… To wszystko działo się tak szybko i pod presją, a Wuya dostała to co chciała. Zdołałyśmy uratować Kylara, a następnego ranka na niebie pojawiła się zielona burza, którą chyba w miarę łatwo spostrzec… - Rzuciłam wzrokiem przez okno na pociemniałe niebo. - Niedługo potem nastąpił atak potworów Wuyi, które zrównały świątynię z ziemią. Podczas ucieczki golemy nas rozdzieliły. Do teraz nie mam pojęcia co się dzieje z moimi przyjaciółmi. Bardzo się o nich martwię, bo mogli nie mieć tyle szczęścia co ja - spojrzałam na niego pełna wdzięczności. - Spokojnie, na pewno sobie poradzili. Znajdziemy ich. Jak tylko wyzdrowiejesz, wyruszymy żeby ich znaleźć. Nie uspokoiłam się ani trochę. - Teraz ja mam pytanie. - Słucham. - Na jego twarzy dało się zauważyć ciekawość. - Wczoraj przy walce z Jackiem wzniosłeś się w powietrze. Samej udało mi się to tylko kilka razy i nie wiem od czego to zależy. - Zauważyłem, że masz szarfę adepta. Mistrz Fung z tobą tego nie przerabiał? - odpowiedział pytaniem na pytanie. - Zaraz po awansie zaczęło się wiele wydarzeń i nie umiemy nic z tego stopnia. - Serio? Ten człowiek rzeczywiście się starzeje - mruknął do siebie. - O figurze czterech smoków pewnie wam nawet nie wspomniał. W sumie, to i tak nie miałoby sensu, skoro jest was tylko trzech. - Raimundo się zamyślił i na chwilę zapanowała cisza. - Zbieraj się - rzucił wycierając usta i wstając z krzesła. - Gdzie idziemy? - spytałam zaskoczona. Wziął z wieszaka skórzaną kurtkę i szybko ją na siebie narzucił. Zniknął w głębi korytarza i razem z odgłosem otwieranych drzwi usłyszałam: - Na trening, moja droga! Mimo, że kostka dalej bolała, wiedziałam, że ten trening będzie ważnym doświadczeniem. Już od dawna szukałam kogoś, kto pomoże mi zrozumieć wiatr. A kto zrobi to lepiej niż Raimundo Byliśmy przed domem. Szybko zaplotłam włosy i rozejrzałam się. Rai mieszkał na wysokim wzgórzu i miał widok na miasto, w którym wczoraj byłam. Usiadł po turecku na przeciwko przepaści i ruchem dłoni zachęcił mnie bym spoczęła obok niego. Delikatnie uklękłam. Nie wiedziałam co planuje. - Jak myślisz co mogłabyś robić jako smok wiatru? Zupełnie zdziwił mnie tym pytaniem. - No nie wiem... latać? Zaśmiał się. - Prawda, ale to już przy stopniu Wudai. Nie odpowiedziałam. Rai kontynuował wykład. Czułam się jak studentka i miałam ochotę robić notatki. - Powietrze jest wszędzie, a ty będziesz mogła robić z nim wszystko, na co będziesz miała ochotę. Kontrolować pogodę, rozwiewać chmury, tworzyć kataklizmy, przenosić przedmioty, łamać drzewa... wszystko. Wiatr jest naprawdę pięknym i potrzebnym zjawiskiem, ale jest bardziej niebezpieczny od pożaru czy powodzi, bo je można zatrzymać w mniejszym lub większym stopniu. Tornada nie zatrzyma żaden zwykły śmiertelnik, a ty będziesz to umieć. Patrzałam na niego z szeroko otwartymi oczyma. Nie miałam bladego pojęcia o tym wszystkim. - Żaden smok nie otrzymał swojego żywiołu przypadkiem. Każdy wojownik ma cechy charakteru wyjaśniające jego przyporządkowanie. Rozgryzłem to dopiero jakieś kilka lat temu. Oczywiście nie chcę tu faworyzować powietrza, ale gdybym wiedział to co wiem teraz i właśnie Mistrz Fung oznajmiłby mi, że mam wiatr, otworzyłbym porządną whiskey i zaczął świętować. - No przecież nim władasz - prychnęłam. - Wiesz o co mi chodzi. Gdybym nie opuścił świątyni wiedziałbym o nim więcej. - Opuściłeś świątynię? - spytałam zdziwiona. - Tak, zaraz po tym jak zostałem przywódcą, ale nie o tym teraz. Wstań i zamknij oczy. Wypełniłam jego polecenie. - Co czujesz? Co słyszysz? - Czuję twój zapach i dym. Słyszę szumiące drzewa. - Otwórz oczy. To wszystko rozchodzi się w powietrzu - zaczął tłumaczyć. - Zapachy i dźwięki. Jeżeli się skupisz, będziesz potrafić wyczuć obecność innych. Usłyszeć ich oddechy i poczuć zapachy. Spróbuj. Zamknęłam oczy i starałam się skierować myśli wokół tego o czym mówił Raimundo. Nie mogłam tego zrobić. Rozpraszała mnie ciągła wizja konających Indiego, Kylara, Mistrza Funga, Doja i mnichów. - Nie potrafię, jestem zbyt zdenerwowana. - Wycisz się. - Każde słowo Raia ukazywało go jako mądrego i utalentowanego nauczyciela. Przeczyło to wszystkim opiniom jakie o nim słyszałam lub czytałam w pamiętniku Kimiko. Z pewnością mienił się od czasów szkolenia w świątyni.   Ponownie zamknęłam oczy i usłyszałam trzask łamanej butem gałęzi. Poczułam zapach krwi. - Czy to... - Tak, ja też to poczułem. - Oboje w sekundę wstaliśmy na równe nogi przygotowując się do możliwej walki. Zza drzew wyszło kilku mężczyzn. Każdy z nich miał przy sobie broń. Sam ich wygląd mówił o tym, że potrafią walczyć i są niebezpieczni. - Spokojnie, mamy pokojowe zamiary - powiedział jeden z nich, unosząc ręce w geście uspokojenia nas. - Czego chcecie? - spytał Raimundo dość opryskliwie, ale było widać, że się rozluźnił. - Przyszliśmy po nią - odezwał się kolejny i wskazał na mnie. - Jesteśmy wojownikami Aklorii. Przysłała nas abyśmy cię odnaleźli. - Niby po co? - Żeby wam pomóc. Kylar już z nią jest - odezwał się trzeci. Serce podskoczyło mi do gardła na wieść o tym, że Kylar jest bezpieczny. Jeszcze tylko Indy... - Dlaczego mam wam ufać? - spytałam niepewnie chcąc zatuszować częściową ulgę jaką odczułam. Kolejny z nich wyciągnął granatową szarfę z kieszeni. Była brudna i podarta, ale oprócz krwi czułam jeszcze jeden zapach. Jego zapach. Nie miałam wątpliwości, że należała do niego. - Skąd to macie? - spytałam marszcząc brwi. - Dostał nowe ubranie i dał nam tę szarfę wiedząc, że nie będziesz chciała nam zaufać. - To ma sens. Odwróciłam się w stronę Raia i powiedziałam: - Na mnie już pora. - Jesteś pewna, że możesz im ufać? - spytał patrząc mi głęboko w oczy. - Mają jego szarfę. Znam jego zapach. - Chodź za mną - powiedział kierując się do mieszkania. Kazał poczekać mi w kuchni. Wrócił po kilku sekundach trzymając Ostrze Zawieruchy w dłoniach. - Na samym początku chciałem je zatrzymać, bo przypomina mi dawne czasy w świątyni, ale kiedy usłyszałem, że twoim żywiołem jest wiatr, poczułem, że nie należy już do mnie. Do tego widzę, że zaprzyjaźniłaś się z moim paskiem, więc nie będę wchodzić wam w drogę - powiedział z uśmiechem, a ja się zawstydziłam. - Proszę. - Wczepił Wu do kabury. - Dziękuję ci za wszystko. Nie masz pojęcia jak bardzo mi pomogłeś. - Proszę cię Av, uważaj na siebie. Na pewno się jeszcze spotkamy - powiedział, uroczo wypowiadając moje imię z brazylijskim akcentem. Mocno uścisnęłam go na pożegnanie. - Możemy ruszać - zwróciłam się do czterech wojowników. Gdy odchodziliśmy rzuciłam ostatnie spojrzenie na drewniany domek Raia. Żałowałam, że nie poznałam go bliżej, ale coś mi mówiło, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie. Szliśmy już jakiś czas. Wojownicy cały czas patrzeli na moją broń, ale nie wiedziałam o co im chodzi. Nagle coś popchnęło mnie do przodu. Nie zdążyłam wystawić rąk aby zrobić przewrót. Kostka zaczęła boleć bardziej niż wczoraj przy upadku z drzewa. Cholera jasna, co to było. Nieporadnie podniosłam się z ziemi i zauważyłam, że przejechałam rękoma po potłuczonym szkle. Na szczęście w pobliżu była rzeka. - Pójdę tylko umyć ręce. Skinęli głowami. Gdy włożyłam ręce do wody poczułam ulgę. Zapewne to moja niezdarność przyczyniła się do upadku, ale nie mogłam pozbyć się uczucia, że zadziałała na mnie jakaś siła, która wyprowadziła mnie z równowagi. Spojrzałam w stronę ludzi, z którymi teraz podróżowałam i zamknęłam oczy. ,,Trzeba jej ten miecz zabrać” - usłyszałam cichy głos w głowie. Delikatnie odwróciłam się w stronę konwersujących mężczyzn. Trzech rozmawiało ze sobą, a jeden patrzał w moją stronę. Szybko spuściłam wzrok, żeby nie zauważył, że im się przyglądałam. Znowu przymknęłam oczy i skupiłam się na stojących w oddali mężczyznach. ~ Gdybyśmy ją uśpili poszłoby dużo szybciej - usłyszałam głos tym razem całkiem wyraźnie. ~ Nie możemy. Wuya chcę ją w jak najlepszym stanie, nie otumanioną. Ma nam ufać jak najdłużej. ~ Właśnie Michael. Nie trzeba było jej podcinać. ~ I tak się idiotka niczego nie domyśla. Adrenalina podskoczyła do góry. Dotarło do mnie, że oni nie są ludźmi Aklorii, tylko sługusami Wuyi. Do tego, dorwali Kylara i zabrali mu szarfę! O w mordę! Co ja narobiłam?! Musiałam działać szybko, póki oni byli zajęci obrabianiem mi dupy. Na ramionach mieli znaki, te same zawijasy, które widziałam w dzienniku Kimiko. Musiałam uciekać jak najszybciej. Zdecydowałam, że najłatwiej będzie ich zgubić przez rzekę. Niestety, była zbyt szeroka aby ją tak po prostu przeskoczyć. Zbyt szeroka dla zwykłego człowieka. Skupiłam się na otaczającym mnie wietrze i skierowałam go tuż pod moje nogi. Podrzuciłam się w górę i wykonałam przewrót w powietrzu, zanim miękko wylądowałam po drugiej stronie. Pobiegłam dalej, a kostka bolała mnie niemiłosiernie. - Ej! Łapcie ją! - słyszałam za sobą. - Kurwakurwakurwakurwa... - klęłam. Dogonili mnie i jeden ni stąd ni zowąd znalazł się przede mną. - Ostrze Zawieruchy! - krzyknęłam wyciągając Wu. Zwiałam jednego i zaczęłam uciekać dalej. Skręcona kostka wcale nie sprawiała, że byłam szybsza. Kolejny zjawił się przede mną. Dostał prawego sierpowego. Jeszcze kolejnego podcięłam tak, że się przewrócił. Biegłam dalej. Nagle uderzyłam w coś kamiennego. Uniosłam wzrok do góry. Golem. Ogromna liczba golemów. Nie zdążyłam się obronić. Poczułam uderzenie w głowę. - Wstawaj! - usłyszałam niski głos i poczułam wymierzony mi policzek. Z trudem otworzyłam oczy; moja głowa cały czas pulsowała od bólu. Znajdowałam się w ciemnej kamiennej sali. Na przeciwko mnie stał ogromny tron na którym siedziała czerwonowłosa kobieta z przenikliwymi zielonymi oczami. Wuya. - O proszę, proszę! I zjawiła się moja ulubienica! Byłam trzymana za ręce przez wojowników. Mieli bardzo dużo siły. Nie byłam w stanie się wyrwać. - Miło cię widzieć w moich skromnych progach! - kontynuowała wiedźma schodząc z tronu. - Faktycznie skromnych, skoro nawet na buty cię nie stać - nie mogłam sobie odmówić uwagi. - Jak śmiesz się tak zwracać do królowej, suko! - krzyknął jeden ze strażników. - Spokojnie, spokojnie. Zawsze ceniłam ją za jej cięty język. Zobaczymy jak dużo powiesz mi jutro - chwyciła mnie za podbródek i spojrzała w oczy. Sparaliżował mnie strach. - A teraz na kolana przed nową królową - syknęła. Plunęłam jej w twarz. - Nie ma mowy. Wuya wyprostowała się i wytworzyła wokół mnie zielone pole energii, które przyciskało mnie tak, abym upadła na kolana. Opierałam się kilka sekund, ale nie mogłam wytrzymać i upadłszy na ziemię poddałam się energii. - Grzeczna dziewczynka! - zachichotała Wuya. - Do zobaczenia na jutrzejszej herbatce! Zabierzcie ją do niego. Zauważyłam, że jeden ze strażników niesie kajdany. - Nie, - zaczęła wiedźma - dajmy jej się nacieszyć swobodą ruchów! I tak nic nie zrobi. Jesteśmy pod ziemią! Strażnicy ciągnęli mnie przez korytarz. Nie mogłam wziąć oddechu. Dławiłam się strachem. Wojownicy otworzyli jedną z cel i wrzucili mnie do niej jak worek ziemniaków. - Av, czy to ty...? - usłyszałam głos. - Kto tu jest?! - Nie myślałam racjonalnie. - To ja! - usłyszałam dźwięk, do złudzenia podobny do głosu Kylara. - Nieprawda! Nie jesteś nim! Nie okłamuj mnie więcej! Kylar tak nie pachnie, wiem to! - krzyczałam przez łzy. Postać podająca się za Kylara podeszła do mnie i patrzała na mnie przestraszonymi oczami. - Av spokojnie, to ja... Mam tylko ubrania od Aklorii... stąd ten zapach. Spojrzałam na niego, a łza poleciała mi po policzku. Znowu mam komuś zaufać? Tym razem nie miałam nic do stracenia. Podeszłam do niego i mocno go objęłam.

______
Takim oto sposobem Av została złodziejką pasków i ją za to zamknęli. Ot, taki żarcik sytuacyjny. Powodzenia kochana. :') Dwa wiaderka internetów dla osoby, która ogarnie z czego wzięłam tytuł do tego rozdziału. Z góry przepraszam za te piękne panie lekkich obyczajów w wypowiedzi Av, ale zostałam zmuszona przez moich współautorów, którzy kazali mi to zostawić, więc wyszło jak wyszło. XD Z tego miejsca serdecznie pozdrawiam Gosię, która shippuje Av i Raia. Dużo ich w tym rozdziale. 
:3