piątek, 7 sierpnia 2015

Rozdział XVIII

Porwanie - Kylar


     ~ Może dziś masz ochotę na rozmowę, Kylar? 
To babsko cholernie mnie wystraszyło podczas gdy brałem prysznic. Gdybym nie złapał się poręczy to skończyłbym na posadzce. 
~ Nie, nie mam, a teraz spieprzaj. 
~ Jak ty się do mnie odzywasz?! Bądź milszy!
~ Kobieto! Nie dosyć, że przeszkadzasz mi podczas kąpania to pragnę ci przypomnieć, że jesteśmy wrogami. Przeciwnicy nie zadają pytań typu ,,co u ciebie słychać''.
~ Wrogami? Jak to? Krzywdzisz mnie tymi słowami.
~ Tak. Raz mnie porwałaś, a potem prawie zabiłaś. 
~ Oj tam! To było dawno i nieprawda. Teraz jest tu i teraz.
~ Dobrze, więc z łaski swojej wyjdź z mojej głowy. Dziękuję. 
Poczekałem jeszcze chwilę, ale już nic nie odpowiedziała. Miałem nadzieję, że to, że może cały dzień słuchać moich myśli, było kłamstwem.
     Skacząc na kolejną kukłę treningową poczułem silny powiew wiatru. Jak zwykle skończyłem w fontannie. Usłyszałem chichot mojej serdecznej koleżanki.
- Av, to naprawdę przestało być zabawne. 
- Dla mnie nadal jest!
Zaczęła się dalej śmiać. Kobiety... Jakież one są irytujące. Podczas treningów bez nadzoru Mistrza Funga każdy robił co chciał. Indy biegał już dzisiaj chyba czternaste kółko wokół świątyni, a ja próbowałem ćwiczyć. Niestety, Av bardzo miała ochotę się z kogoś pośmiać. Teraz leżała na ziemi i tarzała się płacząc ze śmiechu. Serio? To było aż tak zabawne? Pokierowałem całą wodę z fontanny nad moją koleżankę. Gdy przykrył ją cień, otworzyła oczy i spojrzała na mnie z przerażeniem. Uśmiechnąłem się. Chlust był strasznie głośny. Dla mojego dobra postanowiłem się stąd ewakuować. Pobiegłem szybko do mojego pokoju i zmieniłem swoje szaty ucznia na zwykłe ubrania. Stwierdziłem, że dość już treningów na dziś. Usłyszałem pukanie do drzwi.
- Kto tam? 
- Indy. 
- Wejdź - zabrzmiało jakbym wydał polecenie.
W pokoju znalazł się czarnowłosy chłopak i oparł się o futrynę.
- Co chciałeś? - spytałem siadając na łóżku.
- Porozmawiać. Nie uważasz, że dawno nie gadaliśmy? 
- Owszem ale ostatnio to ty chyba nie miałeś ochoty ze mną gadać.
- Taaak... ale już mi raczej przeszło. 
Jego głos się śmiesznie zmienił. Nie mógł teraz do końca mówić prawdy. Często wydawał wyższe dźwięki gdy nie był pewien odpowiedzi. 
- Chciałem się ciebie spytać... co myślisz o Aklorii?
- Nie wiem. Nie mam bladego pojęcia czego ona może chcieć.
- Ale po co jesteś jej ty? 
- Tego też nie wiem. Nic mi nie mówiła jak byłem jej więźniem; nie zdradzała planów co do mnie.
     Nagle, do pokoju wszedł Dojo. 
- Nowe Shen Gong Wu! Tym razem Srebrzysta Manta! Jest to coś w rodzaju pojazdu. Latającego pojazdu. 
- Gdzie lecimy? - spytał Indy nie wyrażając zainteresowania.
- Nigdzie! Manta jest ukryta gdzieś w okolicach świątyni. 
- Serio? To po prostu nie powiesz gdzie ona jest? - zadałem pytanie z politowaniem.
- Niestety nie, bo nie pamiętam.
     Wyszedłem do ogrodu. Tu jeszcze nie szukaliśmy. Sprawdziłem fontannę a następnie zacząłem szukać w żywopłocie. Usłyszałem zbliżający się odgłos śmigieł. Wiedziałem, że muszę się pośpieszyć. Teraz zwróciłem uwagę, że jeden z kamieni chodnikowych był lekko wysunięty niż reszta. Złapałem za krawędź i podniosłem. W środku było małe zagłębienie, a w niej znajdowało się Shen Gong Wu. Chwyciłem przedmiot, ale po chwili coś rzuciło mną parę metrów dalej. 
- Tym razem, to Wu należy do mnie!
Spicer wylądował ziemi i schował Rubin Ramzesa do kieszeni, a do ręki wziął Srebrzystą Mantę. 
- Na nich! - krzyknął.
Av i Indy stali już obok mnie. Roboty Jacka były nieco inne. Już nie lewitowały nad ziemią ale miały nogi i normalne... no bardziej normalne ręce. Maszyny wyjęły zza pleców coś w rodzaju mieczy. Stworzyłem w dłoniach lodowe ostrza i odparłem pierwszy atak miecza. Av podjęła podobną formę walki, bo miała Ostrze Zawieruchy, którym co jakiś czas cięła powietrze lub potężnym wiatrem odpychała przeciwników. Indy trzymał Gwiazdę Hanabi i strzelał kulami ognia w blaszaki. Tnąc kolejnego robota na pół zauważyłem, że Jack i Wuya idą w stronę krypty. Przeskoczyłem nad Jackbotem i odbijając się od niego wskoczyłem na jeden budynków.
- Indy! Av! Jack chce ukraść resztę Wu! 
- Idziemy! - krzyknęli razem.
Gdy dołączyli do mnie na dachu, pobiegliśmy za naszymi rywalami. Drzwi do krypty leżały na ziemi. Jack wisiał w powietrzu, przy suficie, trzymając worek pełen Wu. 
- No i wpadliście! - zawołał.
Spicer zrzucił coś na ziemię, a po chwili dało się słyszeć wybuch. Poczułem tylko, że o coś uderzyłem po czym straciłem przytomność.

     Obudziłem się. Czułem, że jestem w jakimś... samochodzie? Jack raczej nie korzysta z samochodu. Chciałem się poruszyć, ale nie mogłem. Ręce miałem związane za plecami. Nogi również. Dookoła nie widziałem nic oprócz ciemności. Miałem jakąś opaskę na oczach. Chciałem coś powiedzieć, spytać się czy ktoś tu jest. Niestety nie mogłem. Na buzi miałem inną opaskę. Próbowałem zdjąć materiał z oczu ocierając nim o podłogę, na której leżałem. Nie udało mi się do końca. Tylko na chwilę udało mi się odsłonić prawe oko. W tym momencie ujrzałem skrępowanego obok mnie Indiego. Dalej leżała Av. Byli w takiej samej sytuacji.


środa, 5 sierpnia 2015

Rozdział XVII

Powrót do zajęć - Kylar


Po spacerze, na którym Av wiele nie mówiła, udałem się do swojego pokoju. Chciała mi w sumie tylko podziękować, tak na osobności, za odzyskanie jej Ostrza. Ostatnio stara się być milsza. Przynajmniej widać, że próbuje. Ostatnio myślałem o niej inaczej niż kiedyś.
     Ramię mi na szczęście zdrowiało, bolało tylko przy dotyku; poruszanie już nie sprawiało trudności. Usiadłem na łóżku i zdałem sobie sprawę z pewnej rzeczy. Kompletnie przestałem myśleć o Aklorii i jej planach wobec mnie. Tak bardzo chciałbym poznać odpowiedzi na dręczące mnie pytania.
~ Oh Kylar, zawsze możesz… - usłyszałem jej głos w mojej głowie. Obejrzałem się dookoła, ale nikogo nie zaobserwowałem.
~ Nie, - zaśmiała się - nie ma mnie tam. Postanowiłam z tobą porozmawiać na odległość.
~ Wyłaź z mojej głowy! - zwróciłem się do kobiecego głosu dźwięczącego mi w głowie.
~ Będę tu czy to ci się podoba, czy nie.
~ Tylko mi nie mów, że znasz każdą moją myśl...
~ Te, które chcę? A i owszem. Myśli o Indym, Jacku... O twojej panience, która cię interesuje również.
~ Przestań!
~ Spokojnie. Czemu nie chcesz ze mną porozmawiać?
- WYJDŹ Z MOJEJ GŁOWY!
Nagle doszła mnie świadomość, że wydarłem się na całą świątynie.
~ No dobrze, wrócę jak się uspokoisz... - zachichotała w mojej głowie.
Klęczałem na łóżku trzymając się za głowę, gdy do pokoju wtargnęli Indy, Av i Dojo.
- Kylar! Nic ci nie jest? - zawołała Av.
- Ona... Ona...
- Spokojnie... - powiedział Indy.
- Co się stało?
- Akloria... Ona ze mną rozmawiała, chyba jakoś telepatycznie. Słyszy moje myśli.
- Co? Ona tak potrafi? - spytał czarnowłosy.
- Co za zdzira - stwierdziła Av. - Jak można komuś szperać w głowie i myślach?
Nic nie odpowiedziałem, nadal słyszałem jej śmiech, który dręczył mnie całą noc.


***


- Kolejne ziarno zasiane - powiedziała Akloria.
- Czy takimi rzeczami na pewno skłonisz go by do nas dołączył? - spytał jej towarzysz - Tekin.
- To co robię, przekracza lekkie granice, to prawda, ale muszę być skuteczna. Niech Kylar wie, że słyszę jego myśli. Nie musi wiedzieć, że aby je usłyszeć, musiałabym stać przy tym artefakcie cały dzień.
- Dzięki niemu możesz się dostać do jego umysłu, tak?
- Owszem, ale niestety jest to bardzo wyczerpujące, dlatego nie powinnam z niego korzystać dłużej niż godzinę. Zaparzysz nam herbatę? - wojowniczka zmieniła temat.
- Oczywiście moja pani - Tekin uśmiechnął się i delikatnie ukłonił.
     Ruszył w stronę kuchni. Nie sądził, że to co robiła Akloria było dobre. ,,Ona zamęczy swojego brata na śmierć! Chociaż, chyba tego nie chce skoro jest jej tak bardzo potrzebny” - myślał. Ostatnio gdy Tekin próbował podpytać o wojownika wody, ta rzuciła mu tylko spojrzeniem pod tytułem ,,Dowiesz się w swoim czasie”. Był ciekaw kiedy ten czas nadejdzie. Zastanawiał się czy nie po kryjomu nie udać się do pokoju swojej przyjaciółki i trochę poszperać. Wiedział, że to nie moralne, ale ciekawość była silniejsza. Postanowił, że jeszcze się zastanowi, ale kiedyś na pewno skorzysta ze swojego pomysłu.


***


     Mistrz Fung powiedział, że wreszcie mogę uczestniczyć w treningach i misjach. Długo czekałem na ten moment. Może teraz nasz Induś nie będzie na mnie patrzeć takim wzrokiem, gdy obserwowałem ich trening.
- Uwaga! Mam dwie informacje! - krzyknął Dojo. Jedna z nich to nowe Wu.
Akurat w dobrym momencie.
- Pierwsza z nich jest taka, że mistrz Fung wyjechał na parę dni i nie wiem kiedy dokładnie wróci - wśród naszej grupki dało się słyszeć delikatne szepty wtrażające radość z powodu kilku wolnych dni. - Druga to nowe Shen Gong Wu! Trzecia ręka!
- Hmm... - zaczęła Av - niech zgadnę. Daje nam możliwość posiadania trzeciej ręki?
- Coś w ten deseń. Jest to pas, którego koniec służy jako ręka.
- Już się nie mogę doczekać! - powiedziałem uradowany.
- A co? Nasz pacjent może już z nami iść? - powiedział złośliwie Indy. Zignorowałem to i po prostu wsiadłem na Doja. Nim się obejerzałem, wylądowaliśmy koło małego miasteczka we Włoszech.
- Dojo! Nie powiedziałeś, że lecimy do mojego ojczystego kraju! - krzyknęła Av.
- Oj, przepraszam. Zapomniałem o tym kompletnie - tłumaczył się.
Nasza koleżanka była cała szczęśliwa. Na jej twarzy był piękny uśmiech. Rozglądała się wszędzie gdzie tylko mogła. Wchodząc już w tereny zabudowane, dało się czuć piękne zapachy potraw czy świeżych produktów na straganach. Przechodząc dalej trafiliśmy na uliczkę pełną sklepów z ubraniami. Rozeszliśmy się oszczędzając słowa. Parę sprzedawców zachęcało mnie, jak zgaduję, do kupna swoich produktów. Nie znałem włoskiego, a Av nie używała go na co dzień więc nic nie rozumiałem. Jeden ze straganów mnie przyciągnął, chociaż był prawie pusty. Sprzedawca mający typową, włoską urodę, siedział na krześle za ladą. Kapeusz rzucał cień na jego twarz. Na jednym z wieszaków wisiał jakiś niebieski pas. Zaciekawił mnie, chciałem go obejrzeć. Wyciągając rękę człowiek chwycił mnie za, na szczęście to zdrowe, ramię.
- A, a, a - pokręcił głową - to nie na sprzedaż - powiedział tajemniczo.
- To czemu jest na straganie?
Dobrze, że umiał mówić po angielsku.
- Czeka na osobę, która go zamówiła.
- Czyli? Może pan powiedzieć jaśniej? - spytałem uprzejmie.
- Powiedział, że osoba ta wymówi drugie imię Dojo. Wtedy mam mu to przekazać.
- Poczeka pan chwilkę? Tak się składa, że właśnie z nim tu jestem, ale nie znam jego drugiego imienia.
- Dobrze, zaczekam.
Mężczyzna puścił moje ramię i poszedłem znaleźć naszego smoka. Po chwili zauważyłem interesującego mnie smoka, który był w towarzystwie Indiego. Szybko do niego podbiegłem.
- Kylar, co ci się tak śpieszy.
- Chyba znalazłem Trzecią Rękę, ale muszę podać drugie imię naszego małego przyjaciela - uśmiechnąłem się.
- Moje? A no tak! Kompletnie o tym zapomniałem - odrzekł smok.
Tym razem w trzech poszliśmy do mężczyzny.
- Proszę oto Dojo.
- A więc niech ten 'Dojo' - zrobił palcami cudzysłów w powietrzu - powie swoje drugie imię.
Zielony smok wysunął się w jego stronę i powiedział coś szeptem.
- Dobrze. Ten pas jest wasz.
     Odebrałem naszą nagrodę i wspólnie poszliśmy szukać Av. Moment później usłyszeliśmy krzyki ludzi i szybko pobiegliśmy w tamtą stronę. Gdy dobiegliśmy na miejsce ujrzałem dziewczynę walczącą z robotami Jacka. Indy już po chwili dołączył do walki, a ja poczułem na sobie jakąś energię. Chwilę potem opierałem się o sąsiednią ścianę. Spicer dmuchnął w Rubin Ramzesa.
- To Wu jest takie przydatne! - powiedział.
- Oh tak? Kula Tornami!
Rzeka wody wylana się z Shen Gong Wu odbiła się od ziemi i poleciała prosto w fruwającego Jacka. Jego śmigła zamokły i poraziły go prądem. Upadając na ziemię rzucił swoim plecakiem.
- Chcesz pogrywać z Jackiem Spicerem!?
- Jack idioto! Zabierz mu po prostu Trzecią Rękę! - krzyknęła Wuya wyłaniając się znikąd.
- Dzięki za przypomnienie! Trzecia Ręka!
Pas wystrzelił swoją łapą, która po chwili zacisnęła się w pięść. Trafiła Jacka prosto w twarz, a ten upadł na chodnik z hukiem. W tym czasie spojrzałem jak radzi sobie reszta. Niestety, to co zobaczyłem nie bardzo mnie ucieszyło. Av i Indy byli za plecami naszego wroga. Przylecieli trzymani przez roboty. Poczułem, że jeden z nich łapie również mnie. Uniósł mnie w powietrze. Stworzyłem w dłoni wodny miecz, a następnie go zamroziłem. Tak samo uczyniłem z drugą ręką. Popsułem mojego przeciwnika wbijając mu miecze. Opadłem na ziemię i rzuciłem się na kolejne roboty tnąc je ostrym lodem na kawałki.
- Chwila, chwila! - krzyknął Jack.
Zobaczyłem, że od moich kolegów dzielą tylko centymetry od ostrza robotów. Av gwałtownie próbowała wyrwać się z uścisku robotów.
- Albo się ładnie poddasz, albo ich zabijemy. Stanąłem jak wryty. Kompletnie nie wiedziałem co robić.
- Jeśli się poddam puścisz nas wolno? - spytałem.
- Ależ skąd. Pójdziecie ze mną!
- Druga opcja to taka, że zabijesz moich przyjaciół tak?
- Tak! - zawołał uradowany Spicer.
Te rozmowy miały odwrócić jego uwagę. W tym czasie roboty, które trzymały moich znajomych były już zamrożone. Wuya się odwróciła, ale Indy już roztrzaskał lód za pomocą ognia. Drużyna była wolna, a  ja pomagałem im walcząc moimi lodowymi ostrzami, które nadal trzymałem w rękach. Jack skapitulował i odleciał wraz z Wuyą. Nie było tym razem tu Aklorii... Coś planuje? Szykuje? Nie podoba mi się to.

sobota, 1 sierpnia 2015

Rozdział XVI

Przemyślenia - Indy



     Było sobotnie popołudnie. Kylar i Av poszli na ,,romantyczny” spacer, który zapewne zakończył się pocałunkiem. Czegóż ja się mogłem spodziewać? Może zacznę od początku. Usiadłem na moim łóżku i medytując przemyślałem sporo spraw. Poddałem analizie osoby, które ostatnimi czasy zaczęły przewijać się w moim życiu. Zacząłem od Av.
     Od samego początku kochałem tę dziewczynę za jej żywiołowość, nie panowanie nad gniewem, nie umiejętność ujarzmienia swojego języka… mógłbym wymieniać jej cechy do następnego dnia. Av ma zadziorny i trudny charakter, ale cóż, wyznając jej to co do niej czuję nawet nie zwróciła uwagi. Kończąc temat, miłość to bagno.
     Kylar był bardzo często porywany, lubi to? Nie wiem. Kolega z drużyny jest dość dowcipnym kolesiem z nutka spokoju i odrobiną tajemniczości. Dodatkowo widać, że jawnie kręci z Av. Na dodatek ten jego bohaterski czyn w odzyskaniu jej miecza i reszty Shen Gong Wu, i to w dodatku jako ranny. Denerwuje mnie to, drażni jego sposób bycia .Robił z siebie bohatera. Widać, że tym czynem zaimponował naszej wrednej koleżance. Może to dlatego razem wybrali się na tę przechadzkę? No, ale jestem Indy i dłużej niż pięć minut nie będę się złościł i załamywał. Każdy ma prawo do każdego, prawda?
     Dojo, to taki nasz błazenek i żartowniś. Zawsze poprawi humor. Nie ważne kiedy i o co chodziło, smok był bardzo pomocny. W końcu gdyby nie on to nie wiedzielibyśmy gdzie ukryte są Wu. Dojo często porównywał nas do poprzedniej czwórki, w końcu żyje już ponad tysiąc pięćset lat i ma wspaniałą pamięć. No, prawie. Na dodatek, nasz kompan był prawa ręką Mistrza Funga. Właśnie. Mistrz Fung. Nasz wspaniały nauczyciel i wielki wojownik Xiaolin. Bardzo mądry człowiek a zarazem doświadczony życiowo. Wie wszystko o wszystkim i wszystkich, ale ukrywa to byśmy sami się dowiadywali. Gdyby nie on pewnie teraz by mnie tu nie było, ale to zupełnie inna historia.
     Następną przeanalizowaną przeze mnie postacią był geniusz zła - Jack Spicer. Po prostu taki geniusz zła, że aż strach się bać! Czasami szkoda mi tego człowieka, stąd ten gest pomocy. Spicer po prostu nie stanowi dla nas zagrożenia. Jest dla nas workiem treningowym, ale trzeba przyznać, że potrafi walczyć i jest dość spostrzegawczy i dośc...inteligentny.
     Wuya. Ogólnie dużo o niej nie wiem, jedyne informacje jakie mam na jej temat to to, że jest jakąś magiczną postacią, w istocie ducha. Ma dość krytyczne podejście do Jacka, bardzo dobrze ,,dogaduje’’ się z Dojem. Gdyby tylko mogli to wydrapaliby sobie wzajemnie oczy.
     Na końcu była Akloria, postać związana z kim? Oczywiście z nasza gwiazdą, Kylarem. Da się zaobserwować, że ta ładna i dość potężna kobieta potrafi walczyć. Nie raz się w nią zapatrywałem i robiłem maślane oczy. Cóż ożenić się nie ożenię, ale zawsze warto spróbować, nie?
     Do tego wszystkiego dochodzi sprawa mojego snu, który mnie męczy. Mianowicie, od jakiegoś czasu każdej nocy widzę te same wydarzenia:

Jestem w wiosce, lata dziecięce. Bawię się z rówieśnikami i rodziną na podwórku. Wioska ta nie jest za wielka, ani nie jest też za mała. Miejsce dość silne mające swoje prawa. Rządzi nami wielmożny Pan Guan Gin - poczciwy mędrzec. Jest dla mnie prawie jak dziadek. Bardzo mądry i wyrozumiały człowiek. Wiecznie spokojny i opanowany. Nigdy się nie unosi, nigdy nie przeklina, do wszystkiego zawsze podchodzi ze spokojem; rządzi twarda ręką. Niestety, nasza wioska jest zaatakowana przez Gon Wu Shi’ego, który jest wodzem całego naszego stanu. Jesteśmy mądrym i wyszkolonym społeczeństwem, dlatego możemy przejąć władze w całym stanie, więc Gon Wu Shi traktuje nas jak wroga. Niestety, atak jest za potężny. Żołnierze bezlitośnie wchodzą i zaczynają zabijać, począwszy od starców i najważniejszych ludzi w wiosce. Robią to na oczach nas wszystkich. Dla mnie jest to naprawdę przerażający widok. Kiedy dochodzą do rodzin nadciąga czas na naszą. Do domu wchodzi trzech wojowników. Zaczynają coś krzyczeć i atakować. Dopadli mnie, chcą ściąć mi głowę. Nagle tata się zrywa, atakuje wojownika i krzyczy bym uciekał jak najdalej. W tym momencie zostaje dźgnięty w bok. Bronił mnie do końca. Wolał bym się nie bał i uciekał. Unieruchomiony, załamany i pełny łez uciekam przez tylne okno na pagórek poza granicami naszej wioski i widzę jak płonie, a ludzie z którymi przeżyłem wiele wspaniałych chwil, nagle umierają. Nagle czuję mocne przygniecenie i ból w głowie. Budzę się na sali przed naszym mędrcem wiszącym na sznurach. Za mną jest Gon Wu rozkazujący mi groźnym głosem, że mam zabić naszego władcę. Przestraszony, z ostrzem na gardle słyszę głos mówiącego Guana. ,,Kara zostanie ci wybaczona.” Nie pamiętam wszystkiego do końca. Podnoszę miecz. Mędrzec jeszcze coś mówi. Macham mieczem.
     Zawsze budziłem się przestraszony, w towarzystwie innych. Niegdyś nie mówiłem im o tej historii ale znalazła się okazja. Wracali ze spaceru, wybiegłem z pokoju i zacząłem rozmowę. O moim śnie i historii tej tragedii.


wtorek, 28 lipca 2015

Rozdział XV

Przysługa - Kylar


     - Dobranoc! - powiedział Indy. 
- Dobranoc - odpowiedziałem.
Od czasu gdy mam leżeć w łóżku i starać się nie wstawać, co było głupim zaleceniem Mistrza Funga, moi towarzysze często mnie odwiedzali. Nie narzekam, gdyż miło mi się z nimi rozmawia i przynajmniej mi się nie nudzi. Od tych paru dni opiekuje się mną Dojo. Jest jak nadopiekuńcza babcia z połączeniem wiecznie gadającego o bzdurach dziadka. Tak, mówię o swoich dziadkach, których bardzo kocham mimo ich wad.
     Av jest ostniatnio smutna z powodu utraty jej Ostrza Zawieruchy. A Indy? On jak zwykle cichy i nic o sobie nie opowiada, przynajmniej zbyt wiele. Jestem ciekaw dlaczego. Próbowałem nie raz zadawać mu pytania, ale zawsze zmieniał temat lub nie chciał nic powiedzieć. Myślę, że on nie zawsze taki był. Coś go w jakimś momencie odmieniło. Na pewno to nie jest tak, że ma wszystko gdzieś. Nie okazuje tego po sobie ale ja wiem, że tak naprawdę wieloma rzeczami się przejmuje. Poczułem, że zamykają mi się oczy. Zasnąłem.
Obudził mnie trzask. Chyba ktoś zbił coś szklanego.
- KURWA MAĆ! 
Tak, to była Av.
- To znaczy… OJEJU!
Wstałem, chociaż ledwo, bo zzułem okropny ból w ramieniu. Otworzyłem drzwi i zobaczyłem moją koleżankę klęczącą nad rozbitą szklanką i rozlaną wszędzie wodą.
- Dzień dobry - powiedziałem z uśmiechem na twarzy.
- Oh, cześć Kylar. Przepraszam, pewnie Cię obudziłam.
- Owszem, ale nic się nie stało.
Podniosłem wodę, stworzyłem z niej kulkę i zmieniłem w ciepłą parę, która uniosła się pod sufit.
- O tej umiejętności też nie wspominałeś.
- Jakoś zapomniałem.
- Jak się czujesz? - spytała zbierając szkło z podłogi.
- Nie tak źle, wczoraj było gorzej. Tylko czuję jakby ręka miała mi odpaść.
- Mistrz Fung powiedział, że jeszcze z tydzień i rana zacznie się goić. 
- Mam taką nadzieję - spojrzałem na obandażowaną rękę. - Gdzie Indy? Która godzina tak w ogóle?
- Indy? Nie widziałam go od rana. Jest chwilę po jedenastej. 
- Macie dziś dzień wolny? Bez treningów? 
- Wiesz co… nie mam pojęcia. Nie widziałam dziś nawet Mistrza ani Doja...
- Dojo śpi u mnie na macie - przerwałem jej. - Nie chce mnie odstąpić na krok - zaśmiałem się.
Av już zebrała wszystkie kawałki szkła i ruszyła dalej korytarzem. Udałem się za nią. - Nie widziałaś nikogo? Tak po prostu zniknęli?
- Chodź, sprawdzimy pokój Mistrza.
Doszliśmy do pokoju Funga i zapukaliśmy w drzwi. 
- Proszę - odpowiedział głos zza drzwi.
W pomieszczeniu był Indy rozmawiający wraz z nauczycielem.
- Dzień dobry uczniowie.
- Dzień dobry - odpowiedzieliśmy razem.
- Chcieliście porozmawiać? Proszę, możecie usiąść.
- Nie Mistrzu, po prostu zastanawialiśmy się gdzie jesteście. 
- Idźcie, potem do was dołączę - wtrącił Indy.
     Poszliśmy do kuchni i razem z Av zrobiliśmy śniadanie. Jedną ręką próbowałem zrobić ciasto na naleśniki ale nie dało rady i potrzebowałem pomocy. Na szczęście, ze smażeniem nie było już problemu. Stół był już uszykowany. Av nałożyła na pierwszego naleśnika dżem porzeczkowy i popijała go kawą. W tym czasie ja piłem herbatę i jadłem suchego naleśnika. Lubiłem jeść takie zwykłe, bez niczego. Popatrzyłem na Av, tak słodko jadła. W tym samym momencie, kiedy to zdanie przeszło mi przez myśl, upadła jej na kolana część śniadania. 
- Cholera, nic mi dziś nie idzie - westchnęła.
- A co dzisiaj jest? 
Av spojrzała na kalendarz ze zdjęciem Mistza Funga i Doja na okładce. Selfie z wakacji.
- Dzisiaj jest piątek trzynastego.
- Wierzysz w takie zabobony? 
- Nie, ale jak widać... Powinnam.
- To tylko przesądy. Gorszy dzień miałaś wczoraj, prawda?
Av rzuciła mi mordercze spojrzenie.
- No dobrze, przepraszam. Przynajmniej możesz nie czuć się osamotniona. Nie tylko tobie Akloria skopała tyłek. 
- No super. Załóżmy kółko frajerów.
- Tylko nie zapomnijmy zaprosić Jacka!
Obydwoje zaczęliśmy się śmiać.
     Siedziałem na schodach przy wejściu do świątyni i myśląc oglądałem piękny zachód słońca, gdy podpełzł do mnie Dojo.
- Hej Kylar! Może powinieneś odpocząć? 
- Po czym? Po leżeniu przez już chyba pięć dni? Nudzę się. Już chyba wolę te cholerne treningi.
- No, na razie nic na to nie poradzisz. 
- Dojo czy ty też uważasz, że mamy za mało Shen Gong Wu? W naszej krypcie są tylko dwa.
- No wiesz, kiedyś bywało gorzej.
- Właśnie. Chyba czas zawitać u naszego serdecznego kolegi Jacka! 
- Pewnie... CO?! NIE! Ty nigdzie nie idziesz! - krzyknął smok.
- Dojo. Czy ty myślisz, że będę miał problem okraść Spicera? Zrobię to nawet z chorą ręką, a ty mi w tym pomożesz - uśmiechnąłem się do niego.
- Nie pomogę ci! Nie ma mowy!
- No proszę…
- Nie i nie przekonasz mnie.
Zrobiłem maślane oczy, które zawsze na niego działały.
- O nie, nie, nie! Nie rób tego! Odejdź! 
- Dojo… - nadal próbowałem go przekonać.
- Nie i koniec!
- No cóż. Będę musiał pójść na piechotę. Pacjent jakoś poradzi sobie bez lekarza.
- Czy to jest szantaż? Nie mogę cię zostawić! - kłócił się smok.
- To chodź ze mną.
- Manipulują mną jak chcą - wymamrotał z niechęcią.
     Dojo się powiększy. Odlatując spojrzałem na świątynie. Av i Indy sprzątali w tym czasie swoje pokoje. Może nie zobaczyli jak odlatuję. 
Siedziba Jacka była tuż przed nami. Dojo obleciał ją dookoła i wylądował za budynkiem. Zsiadłem z niego. Wszędzie zaczęło robić się ciemno. Wskoczyłem na mur ale poczułem, że jeszcze bolą mnie niektóre części ciała. Smok był na moim zdrowym ramieniu i owinął wokół niego swój ogon. 
- Jesteś pewien Kylar? Możemy jeszcze zawrócić.
- Tak, jestem pewien. 
     Było tu parę robotów, które patrolowały okolicę, ale ominięcie ich nie stanowiło problemu. Zeskakując przebiegłem szybko do ściany budynku. Na szczęście, moje nogi były całe. Teraz uświadomiłem sobie, że nie wziąłem swojej Kuli Tornami, więc musiałem zdać się na swoje umiejętności. Otworzyłem tylne wejście bez najmniejszego problemu. Jack ty idioto, drzwi nie umiesz zamknąć? Pomieszczenie było spore. Nie zwracałem na to co tu się znajduje, bo dzięki smokowi wiedziałem gdzie chowa swoje Wu. Przedmioty znajdywały się w piwnicy gdzie również Jack ma swoją pracownię. Skradając się przeszedłem przez parę korytarzy i znalazłem schody prowadzące na dół. Zszedłem i schowałem się zaraz za jakąś półką, bo zobaczyłem Wuyę i Jacka.
- O co może chodzić tej kobiecie... - powiedziała pytająco Wuya.
- A bo ja wiem? Ma bzika na punkcie tego Kylara.
- No właśnie to mnie zainteresowało. Czemu akurat on? 
- Może jej się spytaj? W końcu jest chyba po złej stronie. 
- Handel Shen Gong Wu z nią też by nie zaszkodził. Przecież ma Ogon Węża! Musimy go zdobyć!
- Tak? A potem znowu będziesz chciała mnie zabić. Wolę cię w postaci ducha.
- JACK! Nie irytuj mnie!
- A ty umyj zęby! Jedzie ci z paszczy! 
- Powiedział ten, który się perfumuje przeterminowaną wodą kolońską z przeceny.
- Teraz przegięłaś! 
Jack zamachnął się na fioletowego ducha i jego ręka przeleciała przez Wuyę. Tak bardzo chciało mi się z niego śmiać. Dojo zakrywał buzię ręką aby nie wybuchnąć chichotem. Dobra, było miło, ale to nie był mój cel by się nabijać z tych półgłówków. Gdzie jest Wu? - Zadawałem sobie tę pytanie. Przechodziłem między regałami metalowych półek, które wyglądały jak w magazynach, gdzie znajdowały się same graty i śmiecie. Trafiłem na jakąś skrzynię. Tamci dwoje nadal się wyzywali, więc nawet gdyby mocno skrzypiała mogłem ją otworzyć. Podnosząc wieko zajrzałem do środka. Była pusta. Cofając się od skrzyni, potknąłem się o jakąś rurę i upadłem na jakieś metalowe rupiecie. 
- Chyba mamy intruza! - krzyknęła Wuya. 
Jack od razu przybiegł na miejsce w którym byłem przeszywając mnie swoimi krwistoczerwonymi oczyma.
- Kogo my tu mamy! Kylar przyszedł odzyskać skradzione Wu?- zaśmiał się - Jackboty na niego!
Nagle ze strony schodów przyleciało parę robotów, które ruszyły na mnie wysuwając piły z różnych miejsc. Jednego wepchnąłem prosto w kolejnego robota. Następnego pozbawiłem głowy.
- Rubin Ramzesa! - krzyknął Jack. 
Znalazłem się w czerwonym polu energii. Nie mogłem się ruszyć i poczułem jak moc Wu rzuca mną w jedną z półek, a potem na środek pomieszczenia. Jeden z blaszaków chwycił mnie za ramiona jednocześnie je ściskając. Poczułem okropny ból w miejscu jeszcze niezagojonej rany. 
- Ah! Puszczaj mnie! - mimowolnie mi się wyrwało.
- O! Boli cię rączka? - zaśmiał się mściwo.
- Widać, że trafił się nam w ręce wojownik wody! Brawo Jack! 
- To co z nim zrobimy?
- Najpierw mnie puścicie a potem oddacie Wu! - wykrzyknąłem ze złością. 
Nadal czułem przeszywający ból w ramieniu. Modliłem się, żeby ten robot mnie uwolnił lub chociaż poluźnił uścisk.
- Zabawny jesteś chłopcze - syknęła Wuya. 
Zorientowałem się, że nigdzie w okolicy nie ma Doja.
     Robot przycisnął mnie do ziemi tak, żebym ukląkł na oba kolana. 
- Są tu inni? Czy byłeś tak głupi, że przylazłeś sam? - dorzucił Jack.
- Na pewno mniej głupi niż ty! 
- Może się ciebie pozbędę i będę miał cię z głowy!
- Ten idiota może nam się przydać.
Znowu? To już był czwarty raz kiedy dałem się złapać. Czułem się żałośnie. (Oh, a to dopiero piętnasty rozdział!)
- Pięść Tebigonga! - krzyknął ktoś za mną.
Robot, który mnie trzymał rozleciał się na kawałki a większa jego część wleciała prosto w Spicera. Dojo mnie uratował i podał Shen Gong Wu. 
- Jack ty idioto! Wstawaj i walcz! - krzyknęła Wuya.
Wykorzystałem moment i zobaczyłem gdzie znajdowała się reszta interesujących mnie przedmiotów. Były w jakieś brzydkiej, starej gablocie. Chwyciłem Monetę Modliszki i Ostrze Zawieruchy. Wskoczyłem wraz ze smokiem na schody i zacząłem uciekać. Usłyszałem strzały Jackbotów za sobą. Ledwo uniknąłem jednego z pocisków, ale udało się. Wybiegliśmy z budynku, Dojo się powiększył i po chwili odlatywaliśmy z posesji Jacka. 
- Było blisko.
- Dzięki za pomoc, bez takiego smoka nie dałbym rady. 
     Zsiadając z Dojo upadłem na kolana. Av i Indy do mnie już biegli.
- Mówiłam ci, żebyś więcej tak nie znikał! - krzyknęła na mnie zielonooka. - Gdzieś ty znowu był kretynie!?
Indy pomógł mi wstać. 
- Po twoje Wu koleżanko. 
Av rozdziawiła buzię. 
- Ale jak… - zająkała się. - Ukradłeś je od Jacka? 
Wręczyłem Ostrze Zawieruchy Av do ręki. 
- Załóżmy, że to taka przysługa - uśmiechnąłem się.